piątek, 19 maja 2017

„Mechaniczna księżniczka” Cassandra Clare


      „Mechaniczna księżniczka” to ostatnia część trylogii „Diabelskie Maszyny” Cassandry Clare, czyli prequela „Darów Anioła”. Czytało mi się ją szybko i przyjemnie, w paru momentach miałam łzy w oczach, w kilku uśmiech na twarzy. Ta trylogia nie stanie się może jedną z moich ukochanych - chyba mimo wszystko jestem za stara na takie opowieści - ale nie żałuję czasu na nią poświęconego.
      Nadszedł czas, by ostatecznie rozliczyć się z Mistrzem, człowiekiem, którego prawie całe życie pchała naprzód żądza zemsty. Jego armia Diabelskich Maszyn staje się coraz potężniejsza, a Konsul Wayland jak na złość nie zamierza udzielić Charlotte i jej „rodzinie” wsparcia. Czy kilkorgu Nocnych Łowców, trojgu Przyziemnych ze Wzrokiem, paru Cichym Braciom, Tessie i czarownikowi Magnusowi uda się nie tylko ocalić spadkobierców anioła Razjela, ale i powrócić z tej walki w jednym kawałku?
      Czy zakończenie trylogii mnie usatysfakcjonowało? Cóż, właściwie tak. Mimo wszystko mamy tu happy end z pewną gorzką nutą, więc koniec odpowiedni dla tego typu serii. Może to i dobrze, że to nie ja jestem autorką, bo wówczas pewnie mało kto by przeżył… a już na pewno mało kto byłby na końcu szczęśliwy.
      Całość polecam przede wszystkim młodym (dobra, też jestem młoda, ale mam na myśli raczej nastolatków) - przeczytajcie tę trylogię, póki jesteście w gimnazjum/liceum, bo potem straci sporo smaczku, okaże się nieco przedramatyzowana z jednej strony i przesłodzona z drugiej.
      Co do starszych czytelników - może to być całkiem miły i niewymagający przerywnik od poważniejszej prozy. W końcu fajnie jest od czasu do czasu poczytać o sympatycznych postaciach, nieistniejących gatunkach i zdolnościach czy po prostu młodzieńczych miłościach w otoczce fantasy. ;)

środa, 10 maja 2017

„Mechaniczny książę” Cassandra Clare


      „Mechaniczny książę” to druga część trylogii „Diabelskie Maszyny” Cassandry Clare, czyli prequela „Darów Anioła”. Przez jakiś czas trochę trudno mi było przez niego przebrnąć - może dlatego, że miałam wówczas wakacje wiosenne i z powodu podróży i zwiedzania nie miałam zbyt wiele czasu na czytanie. Kiedy jednak zebrałam się w sobie i wróciłam do lektury, w którymś momencie wreszcie wciągnęłam się na tyle, by dokończyć ją w niedługim czasie.
      Nie chcę spoilerować, więc nie będę się rozwodzić nad postępującą akcją i zamiast tego wspomnę w kilku słowach o niektórych postaciach, bo ostatnio tego nie zrobiłam. Jeśli chodzi o Tessę Gray - jest w porządku. Nie irytowała mnie jakoś szczególnie (a zdarza się to często), jest inteligentna, oczytana i dzielna (ale tak zdrowo, a nie przesadnie). Głowa Londyńskiego Instytutu - Charlotte Branwell (z domu Fairchild) - z łatwością zaskarbiła sobie moją sympatię, być może po części przez wzgląd na moje „feministyczne” zapędy. Jej mąż, Henry, to tak ciekawy człowiek, że chyba nie da się go nie lubić. Niby Nocny Łowca, a zupełnie inny od reszty. To wynalazca żyjący w świecie swoich wynalazków. Choć wiele z nich nie wypalało, Henry nigdy się nie poddawał i podążał za swoją pasją, za co bardzo go szanuję. Nathaniel Gray to jedna z tych postaci, które ukatrupiłabym na miejscu. Jessamine Lovelace… Cóż, żal mi jej na swój sposób, bo tak naprawdę dziewczyna nie potrafiła być tym, kim chciała, ale mimo wszystko nie potrafię jej polubić. Sophie Collins - Przyziemna mająca Wzrok i pracująca w Instytucie jako służąca - jest świetna. Gideon i Gabriel Lightwoodowie również do mnie przemówili. Choć daleko im do ideałów, fakt ten czyni ich „prawdziwymi”.
      No i najważniejsi chłopcy - będący parabatai (dwóch Nefilim, których naznaczono specjalną runą; walczą ramię w ramię i są związani w niezwykły sposób) Will Herondale i Jem Carstairs. Jeśli chodzi o Willa, polubiłam go chyba dopiero w trzeciej części, bo jego postać była jak dla mnie zbyt podobna do Jace’a, czyli nieco przedramatyzowana. Kolejny schemat pod tytułem „Jestem zły, lepiej, żeby nikt mnie nie kochał” (w skrócie i dużym uproszczeniu). Z charakteru bardzo podobny do Jace’a, z wyglądu - do Aleca. Także niby idealny, ale nie dla mnie (choć brunet). Z kolei Jem… O rety, naprawdę próbowałam nie dać się złapać, ale właśnie w tej części w końcu uległam i się w nim zakochałam. To tak miły, życzliwy i empatyczny człowiek, że ze świecą takiego szukać. Chcę go na męża, nawet z całym jego bagażem doświadczeń i problemami, z którymi mało kto musi się borykać.
      Do następnego!

wtorek, 2 maja 2017

Kwietniowe nabytki

      Kwiecień przedstawia się dużo lepiej niż poprzednie miesiące, co bardzo mnie cieszy z jednej strony, a dobija z drugiej. Dlaczego? Ano dlatego, że te wszystkie dobroci, które tu nabywam, muszę wysyłać do Polski, a to kosztuje, ech. Ale hej, coś za coś, nie? Co prawda nadal nie mam pojęcia, gdzie ja to wszystko pomieszczę, ale tym będę się martwić we wrześniu.
      Do mojej książkowo-mangowej kolekcji dołączyły:
- „I’m sorry, mama” Natsuo Kirino,
- „Watashi wa wasurenai” i „Fukugō osen” Sawako Ariyoshi,
- „Noragami” Adachitoka (16-18),
- „Shingeki no Kyojin” Hajime Isayama (1-21).




      Oczywiście wszystko z book offu i po japońsku. Jeśli chodzi o „Shingeki no Kyojin” („Atak tytanów”), po prostu bardziej opłacało mi się kupić to hurtowo niż pojedynczo. Oszczędna ja.
      W kwietniu udało mi się też trochę poczytać. Coś w końcu trzeba robić na wykładach, nie? *śmiech*
- „Mechaniczny książę” i „Mechaniczna księżniczka” Cassandra Clare - po polsku,
- „Kraina śniegu” Yasunari Kawabata - po polsku,
- „Noragami” (14-18 oraz tom ekstra) - po japońsku,
- „Shingeki no Kyojin” (1-10) - po japońsku.
      Całkiem nieźle, szczególnie jeśli chodzi o mangi. Widzę wyraźnie, że ich czytanie idzie mi sprawniej niż na początku, gdy dopiero zaczynałam czytać je w oryginale.
      A jak Wam minął kwiecień?