wtorek, 3 października 2017

Wrześniowe podsumowanko 2017

      Najpierw powrót do Polski, teraz na uczelnię… Troszku żyć się odechciewa, ale co zrobić. Przynajmniej mam wreszcie dostęp do moich kochanych książek - PAPIEROWYCH i PO POLSKU. No bo ile można siedzieć nad japońskimi „krzakami”, nie?
      We wrześniu czas na czytanie raz był, a raz nie, dlatego sprawa przedstawia się następująco:
- „Szeptucha”,  „Noc Kupały” i „Żerca” Katarzyny Bereniki Miszczuk,
- „Człowiek nietoperz” Jo Nesbø,
- „Shingeki no Kyojin” (tomy 17-23),
- „Kimi ni Todoke” (tom 29.),
- „Akatsuki no Yona” (tom 24.).
      Mangusie oczywiście przeczytane w oryginale.
      Co do nowości… Cóż, pod koniec pobytu w Japonii po prostu uzupełniłam zbiory o kilka mang, głównie o te, które niedawno wyszły. Większość widzicie powyżej, ale żeby nie było:
- „Shingeki no Kyojin” (tomy 22-23),
- „Shingeki no Kyojin: Kuinaki Sentaku” (tomy 1-2),
- „Akatsuki no Yona” (tom 24.),
- „Kimi ni Todoke” (tom 29.).
      I to tyle. Nie na bogato, ale za to jak przyjemnie. ^^
      A jak Wam minął wrzesień? Macie konkretne plany na obecny miesiąc?


piątek, 1 września 2017

Sierpniowe podsumowanko 2017

      I znowu biednie, bo czasu na czytanie za bardzo nie było. 10 dni spędziłam z siostrą w Tokio, tydzień umierałam w akademiku bez klimatyzacji... Nie miałam więc albo czasu, albo siły na czytanie. Smutno mi z tego powodu, ale z drugiej strony… Pozostał mi tylko tydzień w Japonii (jeny, jak ten rok szybko zleciał!), trzeba go wykorzystać. Poczytam sobie w Polsce.
      Przeczytałam:
- „The Woman Warrior: Memoirs of a Girlhood Among Ghosts” Maxine Hong Kingston - w oryginale; sporą część przeczytałam nad jeziorem Biwa J,
- „Wesołe kumoszki z Windsoru” Williama Shakespeare’a,
- „Shingeki no Kyojin” (tomy 14-16) - w oryginale.

Jezioro Biwa.

      Co do nowości, które kupiłam i niemal natychmiast po tym wysłałam pocztą do Polski (naprawdę nie wiem, gdzie ja to wszystko upchnę…), to były to i książki o literaturze japońskiej, i powieści japońskich autorów. Nawet nie pamiętam, ile tego dokładnie było. W Tokio kupiłam ze 3 czy 4, wcześniej zamawiałam też z Amazona, także ładnych parę tomików się zebrało. Na poniższych zdjęciach większość sierpniowych zakupów:






      Uch, kolejny post dodam już z Polski. Słodko-gorzka prawda. Słodka, bo wreszcie spotkam się z bliskimi osobami (i psem!), gorzka, bo mogłabym w Japonii siedzieć i siedzieć… Cóż, może kiedyś tu wrócę. Oby.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Seriale z dzieciństwa: „Tajemnica Sagali”



„Wiele wieków temu Ziemia była rajem. Ludzie mogli mieć wszystko, korzystając w imię dobra z mocy magicznego kamienia Sagala. Jednak ludzie sprzeniewierzyli się tej świętej zasadzie i obudzili siły zła. Wtedy Sagala została rozbita na wiele części, a okruchom podzielonego kamienia zabrana została magiczna moc. Najpierw na tysiąc lat, potem znowu na tysiąc… i znowu. Teraz, na przełomie trzeciego tysiąclecia, magiczna moc Sagali budzi się znowu ze snu. Czy i tym razem zwyciężą siły zła? Jak postąpią ludzie?”

      Niedawno pisałam o „Słonecznej Włóczni”, teraz przychodzi czas na kolejny z moich ukochanych seriali dzieciństwa - na „Tajemnicę Sagali” (również w reżyserii Jerzego Łukasiewicza) z 1997 roku.
      Kuba (Grzegorz Ruda) i Jacek (Marcin Nowacki) Zawilscy wraz z mamą Zuzanną (Małgorzata Foremniak) przeprowadzają się na wieś. Tuż przedtem z pewnych przyczyn Kuba staje się chwilowym posiadaczem dziwnego kamienia o nazwie Sagala. Nie mija wiele czasu, gdy okazuje się, że to magiczny kamień - Kuba i Jacek przekonują się o tym, gdy - na prośbę Kuby, by mama była szczęśliwa - Zuzanna zmienia się w małą Zuzię (Aleksandra Tokarska).
      By odczarować mamę, chłopcy muszą wyruszyć w podróż w czasie i przestrzeni, prowadzeni wskazówkami strażnika Sagali - Jarpena (Derval de Faria). Odwiedzając takie miejsca jak Biskupin za czasów swej świetności czy starożytna Galia, przechodzą rozmaite próby, które pozwalają im zdobyć kolejne części mocy Sagali. W tym czasie Zuzią zajmuje się przyjaciel rodziny, Tomasz Burski (Jan Jankowski). Niestety, po piętach depcze wszystkim zły Kruks (Christoph Eichhorn), który pragnie zdobyć moc Sagali dla siebie…
      I ten serial (składający się z czternastu odcinków) odświeżyłam sobie po latach. Miło tak wrócić sobie do czasów dzieciństwa. Ach, ileż to emocji wywoływał wówczas ten serial! :D Pamiętam, jak siedziałam przed telewizorem z siostrą i mamą, zastanawiając się, jaką to cwaniarą była moja mama w wieku kilku lat. ;)
      Oglądał ktoś?

Jarpen, Kuba i Jacek.

Mieszkańcy Biskupina.

Sagala.

Tomek i Kuba.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Lipcowe podsumowanko

      Wierzyć mi się nie chce, że to już sierpień, a wszystko przez to, że tu, w Japonii, dopiero teraz zaczynają się letnie wakacje. Wariactwo. Jednak z tej racji dziś będzie króciutko (znowu) - szykują się wyjazdy, szykuje się zwiedzanie, szykuje się siostra (przyleci do mnie na 10 dni <3)… Jest co robić!
      Z powodu sesji (sesja w drugiej połowie lipca, co to za porządki?!) miałam zdecydowanie niewiele czasu na czytanie. Co prawda w porównaniu z sesją w Polsce to pikuś, ale fakt faktem, że prace zaliczeniowe same by się nie napisały, a kandzie same nie powtórzyły, nie? Niemniej wszystko zdane, więc lecim z tym, co „się przeczytało”. Są to:
- „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxley’a,
- „Już mnie nie oszukasz” Harlana Cobena,
- „Burza” Williama Shakespeare’a,
- „Zanim umrę” Jenny Downham.
      Co do zbiorów… Ich też dużo nie ma, bo raczej nie latałam po sklepach. Zgarnęłam za to dwie książki za darmo na Natsu Matsuri (Letni Festiwal) na uczelni, a dwie kolejne kupiłam podczas chyba jedynej w lipcu wizycie w book offie. Oto te zdobycze:



      Ta książka po angielsku to tak z chęci przeczytania czegoś papierowego-ale-nie-po-japońsku. No to jest.
      A jak Wam minął lipiec? Dla większości z Was to wakacje, więc pochwalcie się, gdzie byliście, co robiliście. ;)

czwartek, 27 lipca 2017

Kobieca antyutopia - „Opowieść Podręcznej” Margaret Atwood


      Był czas, gdy miała wszystko: kochającego męża, uroczą córeczkę, dom, pracę, pieniądze, własne imię. Niestety, jej życie zmieniło się nieodwołalnie. Przez reżim Republiki Gileadzkiej (utworzonej na terenach obecnych Stanów Zjednoczonych) życie kobiet zmienia się w piekło. Z powodu coraz bardziej malejącego przyrostu naturalnego kobiety mogące mieć dzieci są porywane i przyuczane do „zawodu” Podręcznej. Odziane w czerwień, przydzielane są wysoko postawionym mężczyznom, których żony (ubierające się na niebiesko) nie są w stanie zapewnić im potomstwa. Raz w miesiącu odbywają się Ceremonie, podczas których Komendanci starają się zapłodnić swoje Podręczne.
      Główna bohaterka (i jednocześnie narratorka) powieści, Freda (przy czym nie jest to jej prawdziwe imię, lecz to, które nosi jako Podręczna swojego obecnego Komendanta), marzy o wolności, o powrocie do starego świata, jednocześnie jednak ma świadomość, że to niemożliwe. Nie ma praktycznie żadnych praw - rzadko kiedy wolno jej się odzywać, wychodzić z domu może tylko raz dziennie (na zakupy - zawsze w towarzystwie innej Podręcznej), musi uważać na każdy swój ruch.
      Wolałabym umrzeć niż żyć w takim świecie. Co gorsza, władze utrzymywały, że ta cała sytuacja jest jak najbardziej prawidłowa, dobra, ponieważ znajduje uzasadnienie w Biblii:

„Rachela zaś, widząc, że nie może dać Jakubowi potomstwa, zazdrościła swej siostrze i rzekła do męża: «Spraw, abym miała dzieci; bo inaczej przyjdzie mi umrzeć!» Jakub rozgniewał się na Rachelę i odparł: «Czyż to ja, a nie Bóg, odmawiam ci potomstwa?» Wtedy ona powiedziała: «Mam niewolnicę Bilhę. Zbliż się do niej, aby urodziła dzieci na moich kolanach; chociaż w ten sposób będę miała od ciebie potomstwo».”
(Księga Rodzaju 30, 1-3)

      Oglądałam też film z 1990 roku z Natashą Richardson w roli głównej. Wydaje mi się, że całkiem dobrze oddaje książkę. Obecnie puszczany jest również serial, ale póki co go nie oglądam, może kiedyś. Co do filmu - reżyserem jest Volker Schlöndorff, w rolę Komendanta wcielił się Robert Duvall, w rolę jego żony (Sereny Joy) - Faye Dunaway, w rolę Moiry (przyjaciółki Fredy) - Elizabeth McGovern, zaś w rolę Nicka (pracującego dla Komendanta) - Aidan Quinn.







      Jeśli chodzi o powieść, sam styl jakoś szczególnie mnie nie porwał, ale właściwie do tego rodzaju opowieści dobrze się nadawał. Podobał mi się przede wszystkim pomysł, który, choć na swój sposób przerażający, zdecydowanie daje do myślenia.
      Czytaliście, oglądaliście?

wtorek, 4 lipca 2017

Czerwcowe podsumowanko

      W czerwcu bida w domu. Miałam pewne dodatkowe wydatki, dlatego nie kupiłam ani żadnej książki, ani żadnej mangi. *chlip, chlip*
      Co do tomów przeczytanych, przedstawia się to tak:
- „Opowieść Podręcznej” Margaret Atwood,
- „Między życiem a życiem” Jessiki Shirvington,
- „451° Fahrenheita” Ray’a Bradbury’ego,
- „Shingeki no Kyojin” (tom 12) Hajime Isayamy.
      O dziwo, jakoś ostatnio nie mam ochoty na mangi, stąd tylko ten jeden tomik SnK.
      W lipcu pewnie też będzie biednie, bo za dwa tygodnie zaczyna się u mnie sesja. Mam do napisania pięć prac zaliczeniowych, więc na brak roboty bynajmniej nie narzekam. Poza tym… No cóż. Mój pobyt w Japonii powoli dobiega końca, więc muszę wykorzystać ten czas na zwiedzanie, a nie na czytanie. Ech, gdyby tylko nie było tak gorąco! Codziennie temperatura odczuwalna wynosi ponad 30°C, jestem na skraju wyczerpania. Organizm coraz bardziej się buntuje… Na niczym nie mogę się skupić, więc nie wiem, jak poradzę sobie z tymi wszystkimi pracami i nauką na egzaminy. Studia w lipcu to jakiś dramat. Z drugiej strony, życie na japońskim uniwersytecie i tak jest o niebo lepsze niż na polskim. Ech, i tak źle, i tak niedobrze. ^^’
      No nic, życzę Wam zaczytanego lipca, pa, pa!

W minioną sobotę byłam m.in. w lesie bambusowym 
w Arashiyamie (dzielnica Kioto). Cudo!

środa, 21 czerwca 2017

Seriale z dzieciństwa: „Słoneczna Włócznia”


      Dzieciaki lat 90-tych! Na pewno kojarzycie takie tytuły jak właśnie „Słoneczna Włócznia”, a także „Tajemnica Sagali” albo „Gwiezdny Pirat”, co? Ach, cudowne dzieciństwo i te chwile, kiedy z podnieceniem wlepiało się oczy w telewizyjne pudełko, będąc ciekawym, „co będzie dalej”!
      „Słoneczna Włócznia” to akurat jeden z późniejszych seriali (2001). Składa się z trzynastu odcinków. Głównym bohaterem jest dwunastoletni Max Grey (Maciej Łagodziński). Jego ojciec, Mateusz (Jerzy Gudejko), jako fizyk uczestniczy w wyprawie badawczej w Andy, a tam dokonuje niezwykłego odkrycia. Jak można się domyślić, jest nim właśnie tytułowa Słoneczna Włócznia, która okazuje się przedmiotem spoza Ziemi. Max, jak to ciekawski dwunastolatek z talentem do pakowania się w kłopoty, zainteresowany znaleziskiem taty… przez przypadek wchłania energię ze Słonecznej Włóczni, dzięki czemu staje się wszechwiedzącym (dosłownie) „magiem”: ma moc telekinezy, przywracania rzeczy do pierwotnego stanu i tak dalej, i tak dalej. Coś, co z początku okazuje się niesamowitą sprawą, wcale nie jest tak różowe. Szybko wychodzi na jaw, że jeśli Max nie odda tej dziwnej energii, zniknie.
      W jego przygodach uczestniczą i/lub pomagają/przeszkadzają mu takie osoby jak: tata, przyjaciółka Matylda „Dzika” (Marta Borowska), mama Maria (Katarzyna Chrzanowska), siostra Monika (Małgorzata Głuchowska), babcia Adela (Gudrun Okras) czy Filip Weller (Matthias Zahlbaum). Co więcej, pojawiają się też istoty z innych cywilizacji - dobry Ion (Sebastian Konrad) z planety Lynn i zły Zac (Reiner Heise) zwany przez większość bohaterów Włóczęgą. Moja siostra i ja przez kilka dobrych lat przekonane byłyśmy, że ów Włóczęga mieszka na naszym strychu (no, siostra utrzymuje, że nadal tam przebywa). :D
      Znacie? Oglądaliście (jeśli nie - całość jest dostępna na YouTube)? Wiążecie z tym serialem jakieś szczególne wspomnienia? Może i w Waszych domach kryje się tajemniczy Włóczęga? ;)





środa, 14 czerwca 2017

Komu grozi „Zagłada” (Akira Yoshimura)?



      Średniowieczna Japonia. Mała, nadmorska wioska oddzielona od innych dniami drogi. Głód, nędza. Specyficzne wioskowe wierzenia i zwyczaje.
      W takiej rzeczywistości żyje dziewięcioletni Isaku. Jego ojciec, jak zresztą wiele innych osób z tej osady, sprzedał się w niewolę, by w ten sposób zapewnić rodzinie szansę przetrwania. Isaku, choć tak mały, wraz z matką musi utrzymać młodszego brata Isokichiego i dwie siostrzyczki. Jest już prawie „dorosły”. Wyrusza na połowy, uczestniczy w życiu wsi. Ciąży na nim wielka odpowiedzialność. Przerażające, prawda?
      Nic dziwnego, że wiele osób umiera przedwcześnie. Ziemia jest marna, ryby biorą różnie… Jedyna nadzieja w „łaskawych statkach”, czyli okrętach kupieckich, które - wabione zimą przez ogień na plaży przy wiosce - podczas sztormów chcą ratować się, przybijając do brzegu. Nie wiedzą, że to plan wieśniaków. Nie wiedzą o skałach, na które mogą się nabić.
      Kiedy przypływa taki „łaskawy statek”, mieszkańcy wioski szaleją z radości. Dzięki plądrowaniu tych okrętów czasem są w stanie przeżyć nawet kilka lat. Niestety, „łaskawe statki” nie rozbijają się często…
      Czytelnik śledzi jakieś dwa-trzy lata życia Isaku i jego pobratymców. Byłam w szoku, widząc, ile taki dzieciak jest w stanie zrobić, podczas gdy mój brat w podobnym wieku chwali się takim „osiągnięciem” jak samodzielne zrobienie budyniu. Ile też zależy od pory roku, od wypracowanych umiejętności, a nawet od szczęścia…
      Z początku nie sądziłam, że tak się wciągnę. Pochłonął mnie los Isaku. Przeżywałam to, co działo się z nim i jego bliskimi. Cóż, to zdecydowanie nie jest wesoła lektura. Wręcz przeciwnie. Dlatego jeśli macie ochotę na coś zabawnego, lekkiego - odradzam. Jeśli jednak naszło Was na coś poważniejszego i smutnego - jak najbardziej polecam. Przeczytanie tej książki nie zajmie Wam dużo czasu, to tylko jakieś sto/sto kilkadziesiąt stron.
      Słyszeliście w ogóle o tej powieści?

środa, 7 czerwca 2017

Odchodząc „Bez pożegnania” (Harlan Coben)


      Jednymi z ostatnich słów wypowiedzianych przez Sunny do jej młodszego syna, Willa, były takie, że jego brat - Ken - żyje.
      Jedenaście lat temu ukochany brat Willa zamordował Julie Miller, po czym uciekł - tak przynajmniej głosiła oficjalna wersja sprzedana przez policję i media. Will Klein i jego rodzina - rodzice oraz starsza siostra, Melissa, nie mogli (a może nie chcieli) w to wierzyć. Przez wiele lat przekonani byli, że - skoro na miejscu zbrodni znaleziono także krew Kena - on również został zabity, a do tego wrobiony w zabójstwo.
      Wyobraźcie sobie, że po przeszło dziesięciu latach matka na łożu śmierci mówi, że brat, który w dzieciństwie zawsze was bronił i na którym mogliście polegać, żyje.
      Will ma mętlik w głowie, tym bardziej, że niebawem mama umiera, a niedługo później znika również miłość jego życia - Sheila Rogers. Odzywają się duchy przeszłości, pojawiają się znajomi sprzed lat i ostatecznie nic nie jest takie, jakim się wydawało. Will odkrywa, że przez lata żył w jednym wielkim kłamstwie. Bynajmniej nie będąc policjantem, agentem ani nikim w tym rodzaju (pracuje, pomagając dzieciakom, które wylądowały na ulicy), Will postanawia dokopać się do prawdy, a przede wszystkim odnaleźć Sheilę i udowodnić niewinność starszego brata.
      Już zapomniałam, jak dobrze czyta mi się Cobena. Jego styl jest prosty, ale opowieści wciągają i niejednokrotnie zaskakują. Tutaj również akcja kilka razy odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni, wbijając mnie w fotel. Jednak kocham thrillery - jak to się stało, że przez kilka miesięcy nie miałam z nimi większej styczności? Chyba trzeba to zmienić.
      Serdecznie polecam - zarówno tę, jak i inne powieści Cobena.

czwartek, 1 czerwca 2017

Majowe podsumowanko

      Czas oszczędzać, odpocząć trochę od zakupów po kwietniowych szaleństwach, dlatego kupiłam tylko najnowszy (czyli dwudziesty trzeci) tomik Yony („Akatsuki no Yona” Mizuho Kusanagi). Przeczytałam go dość szybko, do tego również jedenasty tom „Shingeki no Kyojin” Hajime Isayamy. Jeśli zaś chodzi o książki i nowelki, maj prezentuje się tak:
- „Nieporównana przygoda niejakiego Hansa Pfaalla” i „W bezdni Maelströmu” Edgara Allana Poe,
- „Bez pożegnania” Harlana Cobena,
- „Aż śmierć nas rozłączy” Harlana Cobena i innych,
- „Moralność pani Dulskiej”, „Pani Dulska przed sądem” i „Śmierć Felicyana Dulskiego” Gabrieli Zapolskiej.
      Cóż, dzisiaj dopiero pierwszy dzień miesiąca, ale już zdążyłam przeczytać kolejną książkę (coś na zajęciach trzeba robić) - ale o tym za miesiąc, w podsumowaniu czerwcowym.
      Wszystkiego dobrego z okazji Dnia Dziecka! Dla każdego - wszak wszyscy jesteśmy czyimiś dziećmi, metryka się nie liczy. ;)
      Do następnego!


piątek, 19 maja 2017

„Mechaniczna księżniczka” Cassandra Clare


      „Mechaniczna księżniczka” to ostatnia część trylogii „Diabelskie Maszyny” Cassandry Clare, czyli prequela „Darów Anioła”. Czytało mi się ją szybko i przyjemnie, w paru momentach miałam łzy w oczach, w kilku uśmiech na twarzy. Ta trylogia nie stanie się może jedną z moich ukochanych - chyba mimo wszystko jestem za stara na takie opowieści - ale nie żałuję czasu na nią poświęconego.
      Nadszedł czas, by ostatecznie rozliczyć się z Mistrzem, człowiekiem, którego prawie całe życie pchała naprzód żądza zemsty. Jego armia Diabelskich Maszyn staje się coraz potężniejsza, a Konsul Wayland jak na złość nie zamierza udzielić Charlotte i jej „rodzinie” wsparcia. Czy kilkorgu Nocnych Łowców, trojgu Przyziemnych ze Wzrokiem, paru Cichym Braciom, Tessie i czarownikowi Magnusowi uda się nie tylko ocalić spadkobierców anioła Razjela, ale i powrócić z tej walki w jednym kawałku?
      Czy zakończenie trylogii mnie usatysfakcjonowało? Cóż, właściwie tak. Mimo wszystko mamy tu happy end z pewną gorzką nutą, więc koniec odpowiedni dla tego typu serii. Może to i dobrze, że to nie ja jestem autorką, bo wówczas pewnie mało kto by przeżył… a już na pewno mało kto byłby na końcu szczęśliwy.
      Całość polecam przede wszystkim młodym (dobra, też jestem młoda, ale mam na myśli raczej nastolatków) - przeczytajcie tę trylogię, póki jesteście w gimnazjum/liceum, bo potem straci sporo smaczku, okaże się nieco przedramatyzowana z jednej strony i przesłodzona z drugiej.
      Co do starszych czytelników - może to być całkiem miły i niewymagający przerywnik od poważniejszej prozy. W końcu fajnie jest od czasu do czasu poczytać o sympatycznych postaciach, nieistniejących gatunkach i zdolnościach czy po prostu młodzieńczych miłościach w otoczce fantasy. ;)

środa, 10 maja 2017

„Mechaniczny książę” Cassandra Clare


      „Mechaniczny książę” to druga część trylogii „Diabelskie Maszyny” Cassandry Clare, czyli prequela „Darów Anioła”. Przez jakiś czas trochę trudno mi było przez niego przebrnąć - może dlatego, że miałam wówczas wakacje wiosenne i z powodu podróży i zwiedzania nie miałam zbyt wiele czasu na czytanie. Kiedy jednak zebrałam się w sobie i wróciłam do lektury, w którymś momencie wreszcie wciągnęłam się na tyle, by dokończyć ją w niedługim czasie.
      Nie chcę spoilerować, więc nie będę się rozwodzić nad postępującą akcją i zamiast tego wspomnę w kilku słowach o niektórych postaciach, bo ostatnio tego nie zrobiłam. Jeśli chodzi o Tessę Gray - jest w porządku. Nie irytowała mnie jakoś szczególnie (a zdarza się to często), jest inteligentna, oczytana i dzielna (ale tak zdrowo, a nie przesadnie). Głowa Londyńskiego Instytutu - Charlotte Branwell (z domu Fairchild) - z łatwością zaskarbiła sobie moją sympatię, być może po części przez wzgląd na moje „feministyczne” zapędy. Jej mąż, Henry, to tak ciekawy człowiek, że chyba nie da się go nie lubić. Niby Nocny Łowca, a zupełnie inny od reszty. To wynalazca żyjący w świecie swoich wynalazków. Choć wiele z nich nie wypalało, Henry nigdy się nie poddawał i podążał za swoją pasją, za co bardzo go szanuję. Nathaniel Gray to jedna z tych postaci, które ukatrupiłabym na miejscu. Jessamine Lovelace… Cóż, żal mi jej na swój sposób, bo tak naprawdę dziewczyna nie potrafiła być tym, kim chciała, ale mimo wszystko nie potrafię jej polubić. Sophie Collins - Przyziemna mająca Wzrok i pracująca w Instytucie jako służąca - jest świetna. Gideon i Gabriel Lightwoodowie również do mnie przemówili. Choć daleko im do ideałów, fakt ten czyni ich „prawdziwymi”.
      No i najważniejsi chłopcy - będący parabatai (dwóch Nefilim, których naznaczono specjalną runą; walczą ramię w ramię i są związani w niezwykły sposób) Will Herondale i Jem Carstairs. Jeśli chodzi o Willa, polubiłam go chyba dopiero w trzeciej części, bo jego postać była jak dla mnie zbyt podobna do Jace’a, czyli nieco przedramatyzowana. Kolejny schemat pod tytułem „Jestem zły, lepiej, żeby nikt mnie nie kochał” (w skrócie i dużym uproszczeniu). Z charakteru bardzo podobny do Jace’a, z wyglądu - do Aleca. Także niby idealny, ale nie dla mnie (choć brunet). Z kolei Jem… O rety, naprawdę próbowałam nie dać się złapać, ale właśnie w tej części w końcu uległam i się w nim zakochałam. To tak miły, życzliwy i empatyczny człowiek, że ze świecą takiego szukać. Chcę go na męża, nawet z całym jego bagażem doświadczeń i problemami, z którymi mało kto musi się borykać.
      Do następnego!

wtorek, 2 maja 2017

Kwietniowe nabytki

      Kwiecień przedstawia się dużo lepiej niż poprzednie miesiące, co bardzo mnie cieszy z jednej strony, a dobija z drugiej. Dlaczego? Ano dlatego, że te wszystkie dobroci, które tu nabywam, muszę wysyłać do Polski, a to kosztuje, ech. Ale hej, coś za coś, nie? Co prawda nadal nie mam pojęcia, gdzie ja to wszystko pomieszczę, ale tym będę się martwić we wrześniu.
      Do mojej książkowo-mangowej kolekcji dołączyły:
- „I’m sorry, mama” Natsuo Kirino,
- „Watashi wa wasurenai” i „Fukugō osen” Sawako Ariyoshi,
- „Noragami” Adachitoka (16-18),
- „Shingeki no Kyojin” Hajime Isayama (1-21).




      Oczywiście wszystko z book offu i po japońsku. Jeśli chodzi o „Shingeki no Kyojin” („Atak tytanów”), po prostu bardziej opłacało mi się kupić to hurtowo niż pojedynczo. Oszczędna ja.
      W kwietniu udało mi się też trochę poczytać. Coś w końcu trzeba robić na wykładach, nie? *śmiech*
- „Mechaniczny książę” i „Mechaniczna księżniczka” Cassandra Clare - po polsku,
- „Kraina śniegu” Yasunari Kawabata - po polsku,
- „Noragami” (14-18 oraz tom ekstra) - po japońsku,
- „Shingeki no Kyojin” (1-10) - po japońsku.
      Całkiem nieźle, szczególnie jeśli chodzi o mangi. Widzę wyraźnie, że ich czytanie idzie mi sprawniej niż na początku, gdy dopiero zaczynałam czytać je w oryginale.
      A jak Wam minął kwiecień?

środa, 19 kwietnia 2017

„Mechaniczny anioł” Cassandra Clare


      Będzie - uwaga, uwaga - krótko, zwięźle i na temat. Zbieram się w sobie, by napisać coś poza miesięcznym podsumowaniem, bo stan tego bloga woła o pomstę do nieba. Ale co ja mogę? Jeśli już coś piszę, to zazwyczaj na bloga o Japonii, bo to w niej przecież siedzę i ona pochłania większość moich myśli.
      Ostatnio zabrałam się za trylogię „Diabelskie Maszyny” Cassandry Clare. Dlaczego? Ano skoro udało mi się wreszcie przeczytać „Dary Anioła”, to co mi tam, wzięłam się i za prequel.
      O ile przygody Clary, Jace’a i spółki dzieją się w obecnych nam czasach, o tyle „Mechaniczny anioł” rozpoczyna się w kwietniu 1878 roku, a miejscem akcji jest nie USA, lecz Anglia.
      Szesnastoletnią Theresę „Tessę” Gray poznajemy, gdy przepływa ocean w celu dołączenia do brata (Nathaniela „Nate’a” Gray’a) w Londynie. Tess dziwi się, kiedy z portu odbiera ją nie Nate, lecz nieznajomy mężczyzna. Zna jednak jej nazwisko i mówi, że przyszedł z polecenia jej brata. Tessa idzie więc za nim do powozu, w którym siedzą dwie kobiety - pani Black i pani Dark. Niestety, okazuje się, że to Mroczne Siostry, które wcale nie są tymi, za kogo się podają. Porywają Tessę i zmuszają ją do posłuszeństwa, grożąc, że w przeciwnym razie coś stanie się jej bratu, który jest jej jedynym pozostałym przy życiu krewnym.
      Naturalnie wychodzi na jaw, że Tessa nie jest zwykłym człowiekiem (a jakże) - ma zdolność do zmiany w inne osoby, czy to żywe, czy to martwe. Jej umiejętność zamierza wykorzystać tajemniczy Mistrz, któremu służą Mroczne Siostry.
      Tessa miałaby pewnie spore kłopoty, gdyby nie niespodziewany ratunek i nowe znajomości. Nie uważam tego za spoiler, bo to oczywiste, że biedą damę w opresji ktoś ratuje, prawda? Ostatecznie Tessa zamieszkuje w londyńskim Instytucie i zaczyna żyć u boku Nocnych Łowców, w tym Williama „Willa” Harondale’a, Jamesa „Jema” Carstairsa czy Charlotte i Henry’ego Branwellów. Rozpoczyna się akcja mająca na celu głównie ochronę Tess i odbicie Nathaniela.
      Cóż, to młodzieżówka fantasy, więc jest bez fajerwerków. Czyta się dość szybko i względnie przyjemnie, ale według mnie to najsłabsza część trylogii. Niemniej bez niej bez sensu brać się za następne, prawda? ;)
      Polecam głównie młodszym czytelnikom, raczej gimnazjalistom i licealistom, choć wiadomo, każdy lubi coś innego, więc i starszym może się spodobać.
      Do następnego!

sobota, 1 kwietnia 2017

Marcowe podsumowanko

      I znowu nie mam praktycznie o czym pisać. ^^’ Tegoroczny marzec to dla mnie jedne wielkie wakacje (jaka szkoda, że się kończą!), więc głównie podróżowałam (zazwyczaj z kimś, więc rzadko czytałam w pociągach czy autobusach) i leniuchowałam. Z porządnej literatury przeczytałam tylko nowelkę Marii Konopnickiej pod tytułem „Dym”. Trochę zaś więcej było w tym miesiącu mang - zapoznałam się z dwudziestym siódmym i dwudziestym ósmym tomem „Kimi ni Todoke” oraz z tomami 7-13 „Noragami”. Wszystkie te mangi przeczytane oczywiście w oryginale. Ponadto skończyłam już akację znaną z anime (jeśli chodzi o  Kimi ni Todoke” - już dawno, ale w „Noragami” w tym miesiącu), więc nie do końca wiem, czego się spodziewać. Ach, ten dreszczyk emocji!
      Co do zakupów, to przedstawiają się one tak:
- „Noragami” (tomy 7-15 + jakiś tom dodatkowy, do którego jeszcze nie zaglądałam),
- „Kimi ni Todoke” (27-28),
- „Akatsuki no Yona” (1).




      Dwanaście mang, żadnej książki, oj, oj. Ale to przez to, że czytanie książek po japońsku zajmuje całe wieki, z kolei mangi idą mi coraz lepiej.
      Swoją drogą, co jakiś czas wysyłam te swoje cudne zdobycze do Polski i tak się zastanawiam… gdzie ja to, do jasnej ciasnej, pomieszczę?! Kiedy wrócę, będę musiała zrobić porządki. Duże porządki. Część książek pewnie będę musiała oddać w dobre ręce, więc pewnie i tutaj pojawi się jakieś rozdanie. :) Ale to najwcześniej we wrześniu. Przede mną jeszcze pół roku w Japonii - i pół roku podbijania book offów! :D
      Bywajcie!

sobota, 4 marca 2017

Lutowe podsumowanko

      Większość lutego wypełniła sesja, więc udało mi się przeczytać tylko dwie książki, dwie nowelki i dwie mangi:
- „Mechaniczny anioł” Cassandra Clare,
- „Dziwna historia” Bolesław Prus,
- „Miłosierdzie gminy” Maria Konopnicka,
- „Śluby panieńskie” Aleksander Fredro,
- „Noragami” Adachi Toka (tomy 5-6).
      Do book offa w lutym zawitałam tylko raz (zresztą pod sam koniec miesiąca). Nie mogłam znaleźć tych mang, na których mi zależało (o losie, byliście kiedyś w book offie? Tyle tego, że nie da rady ogarnąć), za to znalazłam light novel „Kimi ni todoke: Ashita ni nareba” Kanae Shimokawy, o której istnieniu nawet nie miałam pojęcia. Do tego zakupiłam jeszcze powieść „Kinokawa” Sawako Ariyoshi.


      I tyle, tak mi minął luty.
      To okropne, jak mało tu piszę, ale Japonia mnie pochłania. Zrozumcie. :D

wtorek, 31 stycznia 2017

Styczniowe podsumowanko

      Biednie na blogu, biednie z czytaniem, biednie z zakupami. Powód? Sesja. I zima (no, zima to tu trwała jakieś dwa tygodnie, poza tym jest jesienno-depresyjnie). I jakieś choróbsko. I ogólne zmęczenie życiem.
      Dziś też na szybko. Jestem po dwóch egzaminach. Mam nadzieję, że zdam, ale kto to tam wie tych Japończyków…
      Me serce boleje, ale w styczniu przeczytałam tylko:
- „Takasebune” („Łódź Takase”) Ōgai Mori - w oryginale,
- „Ariyoshi Sawako” - w oryginale; to chyba zbiorówka czy coś, bo nie przypominam sobie autora,
- „Kumo no Ito” („Pajęcza nić”) Ryūnosuke Akutagawa - też w oryginale,
- „Akatsuki no Yona” (tom 22.) - online, po polsku,
- „Kimi ni Todoke” (tomy 23-26) - w oryginale.
      Jak widać, tylko jeden tomik mangi po polsku, a reszta po japońsku.
      Z kolei jeśli chodzi o nabytki… Z racji tego, że nie byłam w żadnym book offie - wiecie, pogoda brzydka, więc nie chce się z akademika wychodzić, a do tego deprecha, złe samopoczucie i niestety dużo nauki - kupiłam tylko jedną książkę w… no, uniwersyteckiej księgarni. Albo księgarnio-papierniczym, w sumie nie jestem pewna, jak nazwać to miejsce, bo można tam załatwić niejedną sprawę.
      Ten pojedynczy nabytek to „Darakuron” Ango Sakaguchiego. Skusiłam się, bo wiecie, okładka z „Bungō Stray Dogs”. xD


      I to tyle. Mam ból istnienia głowy, więc kończę. Mam nadzieję, że u Was jest bardziej pozytywnie. Ci, którzy mają teraz sesję - tak jak ja - niech się mocno trzymają i nie puszczają! Szczęściarzom mającym ferie życzę odpoczynku i miłej zabawy. Pracującym - cierpliwości i siły. Papa, do następnego (oby szybciej niż przed podsumowaniem lutego, ale nie jestem w stanie przewidzieć, czy to się uda).

W Japonii nawet filmów nie można sobie w spokoju pooglądać. </3

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Grudniowe nabytki + podsumowanie roku 2016

      Szybko o grudniu: przeczytałam niewiele książek, bo siedziałam raczej w mangach (w oryginale). Do „przeczytanych” dołączyły więc „Rok 1984” George’a Orwella (genialny!), „Wigilia”, „Sukienka balowa” i „Ogród Saski” Bolesława Prusa oraz tomy 7-22 „Kimi ni Todoke” Karuho Shiiny.
      Jeśli chodzi o nabytki, to ich niestety też jest niewiele, głównie z racji oszczędzania pieniędzy, ponieważ wydałam fortunę na prezenty i - przede wszystkim - wysłanie ich do Polski. No cóż, co zrobić… Kupiłam więc jedynie kolejne tomy „Kimi ni Todoke” (20-26) oraz „Noragami” (5-6; 1-4 mam po polsku).





      Skończył nam się jednak rok 2016, więc warto go jakoś podsumować. Czy uważam go za udany? Owszem! Zarówno pod względem książkowo-mangowym, jak i… no, ogólnym. Udało mi się sprostać wyzwaniu „Przeczytam 52 książki w 2016 roku” (gdyby dodać mangi, byłoby tego pewnie ze dwa razy tyle), ponadto pierwszy raz w życiu przeczytałam powieść po japońsku (obecnie jestem w trakcie czytania kolejnej; dziś przeczytałam też jedną nowelkę). Ach, no i czytam mangi w oryginale. Zapoznałam się wreszcie z Orwellem, którego planowałam od gimnazjum, dokończyłam też serię o Wallanderze Henninga Mankella. Oczywiście wolałabym przeczytać dużo, dużo więcej, ale wydaje mi się, że to i tak niezły wynik, zważywszy na to, ile się w tym roku działo. Napisałam pracę licencjacką i się obroniłam, zdobyłam certyfikat językowy z japońskiego, a przede wszystkim zdałam egzamin stypendialny i od końcówki września przebywam na stypendium w Kraju Kwitnącej Wiśni. Okazało się, że marzenia się spełniają, jeśli tylko damy im szansę i nie poddamy się w połowie drogi. Kochani, z okazji wejścia w nowy, 2017 już rok życzę Wam, byście i Wy znaleźli w sobie siłę i odwagę, dzięki której osiągniecie postawione sobie cele i spełnicie choć jedno ze swych marzeń. :)
      W 2016 roku wyprodukowałam na tym blogu 46 notek. Dodając do tego inne, wyszłoby wszystkiego całkiem sporo, aż boję się pomyśleć, ile czasu na to poszło. ;)
      A oto lista książek przeczytanych w minionym roku (zbiory opowiadań liczone jako jedno; nowelki wydawane w osobnych tomach liczone pojedynczo):

2. „Hrabia Zinzendorf - Pierwsze owoce” Janet i Jeff Benge
3. „Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland” Haruki Murakami
5. „Historia Japonii” Kenneth G. Henshall
12. „Na rozstaju” Ichiyō Higuchi
15. „Zerwać pąki, zabić dzieci” Kenzaburō Ōe
20. „Historia literatury japońskiej” Mikołaj Melanowicz
27. „Samotność w Sieci” Janusz Leon Wiśniewski
28. „Ściśle tajne” Alex Kava
29. „Krew na śniegu” Jo Nesbø
30. „Tokyo Ghoul: Codzienność” Sui Ishida, Shin Towada
31. „Więcej krwi” Jo Nesbø
33. „Przykry początek” Lemony Snicket
36. „Kolekcjoner” Alex Kava
37. „Płomienie śmierci” Alex Kava
43. „Być jak płynąca rzeka” Paulo Coelho
44. „Miasto kości” Cassandra Clare
45. „Miasto popiołów” Cassandra Clare
46. „Miasto szkła” Cassandra Clare
47. „Miasto upadłych aniołów” Cassandra Clare
48. „Miasto zagubionych dusz” Cassandra Clare
49. „Miasto niebiańskiego ognia” Cassandra Clare
50. „Folwark Zwierzęcy” George Orwell
51. „Karp wyczarowany ze snu” Akinari Ueda
52. „Na Saskiej Kępie” Bolesław Prus
53. „Watsonowie” Jane Austen
54. „Echa leśne” Stefan Żeromski
55. „Rok 1984” George Orwell
56. „Wigilia” Bolesław Prus
57. „Sukienka balowa” Bolesław Prus
58. „Ogród Saski” Bolesław Prus

      Listy mang nie zrobiłam, a nie mogę w tej kwestii polegać na Lubimy Czytać, bo tam znajdują się tylko niektóre komiksy, ale podejrzewam, że tomików było pewnie mniej więcej tyle co książek.
      Cóż, szczęśliwego Nowego Roku! Trzymajcie się cieplutko i spełniajcie marzenia, nie tylko te czytelnicze!