czwartek, 31 marca 2016

Marcowe podsumowanko

      Marzec wreszcie nie wygląda tak źle jak poprzednie miesiące, jeśli chodzi o to, ile tomików przeczytałam. Udało mi się dokończyć „Scrap and build” Keisuke Hady (czytałam w oryginale), przypomnieć sobie na szybko „Ostateczne wyjście” Natsuo Kirino (potrzebne do licencjatu), powtórzyć po kilku latach „Prawdziwy świat” tej samej autorki, zaś w Święta Wielkanocne przeczytać „Trzynaście powodów” Jey’a Ashera, a po nich - „Ocal mnie od złego” Allomy Gilbert. Mang było sporo: cała seria „Orange” (pięć tomów), szósty tomik „Tokyo Ghoul”, siódmy i ósmy „Death Note”, jednotomówkę „Dziewczyny z ruin” oraz piąty (no, ten na szybko przeleciałam w ramach powtórki), szósty, siódmy i ósmy tom „Pandora Hearts”.
      Biednie było za to pod względem książek, które trafiły na moją półeczkę. Są to:
- „Córa płomieni” Iny Lorentz - dostałam od wnusi, której baaardzo za to dziękuję!;


- „Trzynaście powodów” Jay Asher - kupiłam tanio z drugiej ręki;


- „Więcej krwi” Jo Nesbø - kupione dosłownie niecałe trzy godziny temu w Biedronce za 19,99.


      To tyle, bardzo skromnie, po części przez wzgląd na finanse, po części na to, że mam tak niesamowicie dużo nieprzeczytanych pozycji na półkach, że staram się powstrzymać od bezmyślnego kupowania wszystkiego, co mi wpadnie w łapcie (choć to boli ;_;). Jak widać, na półeczce mangowej nic a nic się nie pojawiło. Cóż, tak bywa. Zresztą i tak to książki są moją podstawową miłością i to się raczej nigdy nie zmieni. Może się to wydać dziwne zważywszy na to, że więcej przeczytałam w tym miesiącu mang niż książek, ale to tylko kwestia tego, że mangi o wiele szybciej się czyta, więc łatwiej wcisnąć ich czytanie pomiędzy naukę.
      A jak wyglądał Wasz marzec? Pochwalcie się lub pożalcie. ;)


sobota, 26 marca 2016

Jak wygląda „Prawdziwy świat” (Natsuo Kirino)?


      Tak, tak, znowu japońska książka, znowu Natsuo Kirino. Ale to póki co ostatnia tej autorki, bo niestety jedynie cztery zostały przetłumaczone na polski. Jednak w Japonii, o ile faktycznie do niej polecę, zamierzam zaopatrzyć się w inne. I kto wie, może kiedyś sama przełożę je na polski, a co!
      Tę książkę przeczytałam po raz pierwszy kilka lat temu. Wstrząsnęła mną wówczas i kiedy latem ujrzałam na jakimś stoisku „Ostateczne wyjście” tej samej autorki, natychmiast postanowiłam tę drugą powieść kupić. Zachwyciłam się, więc nabyłam „Wyspę Tokio” i własny egzemplarz „Prawdziwego świata” (tamten był z biblioteki). „Groteski” niestety nie dorwałam, musiałam wypożyczyć ją z naszej biblioteczki japonistycznej.
      „Prawdziwy świat” jest historią pięciorga nastolatków. Wszyscy mają siedemnaście-osiemnaście lat, chodzą do trzeciej klasy liceum. Któregoś dnia chłopak, nazwany przez sąsiadkę (jedną z głównych bohaterek, Toshiko) Glistą z powodu swojego wyglądu, zabija swą matkę, którą od dawna gardził. Po tym wydarzeniu ucieka. Kradnie rower i komórkę Toshi. Wybiera niektóre numery z listy w jej telefonie i dzwoni do koleżanek Toshiko - Yuzan, Kirarin i Terauchi - oraz do niej samej. W ten sposób wszystkie zostają wplątane w jego sprawę.
      Każdy z nastolatków boryka się z własnymi problemami i skrywa niejeden sekret. Świetnie widać tu japońskie honne i tatemae. Honne to prawdziwa osobowość człowieka, zaś tatemae - to, co pokazuje innym. Powieść jest na swój sposób naprawdę przerażająca, oczywiście pod względem psychologicznym. Młodzi, zupełnie normalni, zdaje się, młodzi ludzie okazują się być całkowicie innymi osobami niż mogłoby się wydawać. Poznajemy ich myśli, bowiem, jak to u Kirino, rozdziały są pisane z perspektywy różnych osób, tutaj w narracji pierwszoosobowej. To straszne, co może dziać się w głowach nastolatków. I nie tylko - bądźmy szczerzy. Znacie to, prawda? Zachowujecie się tak, jak inni chcą, byście się zachowywali, zakładacie maski i gracie na scenie teatru zwanego życiem. Ale gdy jesteście sami - lub po prostu w myślach, za kurtyną czy w garderobie - jesteście inni. Coś kochacie, czegoś nienawidzicie, czymś gardzicie. Ludzie są złożonymi istotami, które niestety często błądzą. Doskonale widać to w tej powieści. Polecam - jak każdą książkę Natsuo Kirino.
      Tak poza tym: WESOŁEGO ALLELUJA! Niechaj te Święta Wielkanocne miną Wam w miłej, rodzinnej atmosferze. Smacznego jajka, bogatego zajączka, zdrowia, prawdziwie wiosennego nastroju! :)

piątek, 18 marca 2016

O nietuzinkowym ratowaniu przyjaciela - „Orange” Takano Ichigo


„Do mnie z drugiej klasy liceum.
Jak się masz? Jestem Tobą starszą o dziesięć lat. Piszę ten list, ponieważ mam do Ciebie prośbę.”

      Niektórzy może pamiętają, że w lutym do mojej mangowej biblioteczki dołączył ostatni tomik mangi „Orange”. Nie od razu miałam czas, by go przeczytać. Ostatecznie też zdecydowałam się na szybkie odświeżenie całej tej pięciotomowej serii, jako że chciałam mieć pełen obraz sytuacji (że nie wspomnę o tym, że sklerotyczka ze mnie, więc takie przypomnienie bardzo mi się przydało).
      Naho Takamiya, uczennica drugiej klasy liceum, w dniu rozpoczęcia roku dostaje list od siebie samej, tyle że starszej o dziesięć lat. List do złudzenia przypomina wpisy Naho do pamiętnika. Wiadomo jednak, że nie od razu dziewczyna wierzy w to, co widzi i czyta. Na samym początku dwudziestosześcioletnia Naho informuje tę szesnastoletnią, że do jej klasy dołączy Kakeru Naruse. O dziwo, tak właśnie się dzieje. Z jakiegoś powodu ta starsza przestrzega, by Naho i jej przyjaciele nie zapraszali nowego na spotkanie po lekcjach. Dziewczyna ignoruje to, bo co niby złego miałaby przynieść wspólna pogawędka? Przecież dla Kakeru najważniejsze powinno być teraz zawieranie nowych przyjaźni, prawda?
      Cóż, Naho bardzo szybko odkrywa, że powinna jednak brać sobie do serca to, co napisane jest w liście. Poznaje bowiem powód jego wysłania: w przyszłości Kakeru już nie ma. Zginął, mając zaledwie siedemnaście lat.
      „Orange” jest jedną z moich ulubionych mang. Piękna, wzruszająca, pełna ciepła, przesiąknięta przyjaźnią, miłością i poświęceniem. Czytelnik poznaje Naho i jej przyjaciół zarówno jako nastolatków z liceum, jak i dwudziestoparolatków, którzy wiele w życiu żałują, ale najbardziej tego, że nie byli w stanie uchronić przyjaciela przed śmiercią. Nie zapomnijmy również o poruszanych w mandze problemach współczesnego świata: chociażby o motywie samobójstwa, śmierci kogoś bliskiego czy wyrzutach sumienia z wielu różnych powodów…



„Ludzie często mówią: <<Gdybyś umarł, wiele osób byłoby smutnych>>. Ale dopóki nie umrzesz, nie możesz być pewny. Albo: <<Nawet jeśli teraz cierpisz, jeśli będziesz żył, spotka cię coś dobrego!>>. Łatwo powiedzieć. Życie jest największym cierpieniem.”

      To zdecydowanie jedna z tych mang, które mogą przeczytać nawet osoby zupełnie nieinteresujące się tym rodzajem komiksu czy Japonią. Problemy w niej występujące są uniwersalne, a przyjemna dla oka kreska tylko dodaje historii czaru. Serdecznie polecam!

piątek, 11 marca 2016

Pierwsza polska recenzja „Scrap and build” Keisuke Hady



      Dziś przychodzę z czymś wyjątkowym. Niecały tydzień temu udało mi się skończyć lekturę mojej pierwszej przeczytanej w całości w oryginale japońskiej książki, a jest nią „Scrap and build” Keisuke Hady. Nie to, żebym wszystko zrozumiała… ale dobra. Jak to mi co poniektórzy powtarzają (kiedy marudzę, że jestem żółtodziobem i idiotką): „Dziewczyno, uczysz się tego języka dopiero 2,5 roku! Jakim cudem chciałabyś od razu wszystko zrozumieć?!”. Taak. Niektórzy może i daliby radę, ale geniuszem nie jestem, więc muszę zadowolić się tym, co mam.
      Keisuke Hada to trzydziestoletni tokijczyk, który za omawianą dziś powieść otrzymał w zeszłym roku prestiżową Nagrodę Akutagawy. Ponieważ „Scrap and build” to nówka z 2015 roku, nie ma jeszcze jej angielskiego tłumaczenia, że już nie wspomnę o polskim. Pozostało mi więc przeczytać ją w oryginale, jako że poruszony w niej temat pasuje do mojej pracy licencjackiej.
      Głównym bohaterem jest Kento, niespełna trzydziestoletni mężczyzna mieszkający z matką i ponad osiemdziesięcioletnim dziadkiem. Obecnie jest bezrobotny, ale uczy się w domu i regularnie chodzi na rozmowy kwalifikacyjne (bez większych rezultatów). Ukończył jedynie trzeciorzędny uniwersytet, więc niełatwo mu znaleźć robotę. Ogółem Kento niczym specjalnym się nie wyróżnia. Normalny facet mający zwykłą dziewczynę, ot tyle.
      Z racji siedzenia w domu Kento zaczyna opiekować się coraz gorzej czującym się dziadkiem, którego motto brzmi: „Byłoby lepiej, gdybym już umarł”. Dziadzio wielokrotnie powtarza, że jest już do niczego, że tylko przeszkadza… Cóż, matka Kento tylko temu przytakuje i z jej postawy wynika, iż chciałaby już pozbyć się kłopotliwego ojca. Tymczasem Kento z coraz większym oddaniem opiekuje się staruszkiem.
      Kiedy „czytałam” tę książkę („czytanie” polegało na ciągłym przeszukiwaniu słowników - nawet takie wyrazy, jakie zwykle zapisuje się w hiraganie, czyli najprostszym sylabariuszu, tutaj zapisane były w znakach, które czasem widziałam po raz pierwszy w życiu; swoją drogą, książeczka ma ledwie 120 stron, normalnie przeczytałabym ją w jeden wieczór, a tak zajęło mi to łącznie niecałe półtora tygodnia -.-), było mi naprawdę przykro. Sprawdza się powiedzenie, że „starość nie radość”. Szczerze? Na miejscu tego dziadka pewnie waliłabym na prawo i lewo tym samym tekstem co on…
      Na razie nie mogę tej książki polecić nikomu poza japonistami (bądź tym, którzy się na nich szkolą, jak ja), ale wyczekujcie tłumaczenia, a co! Kto wie, może kiedyś wyjdzie ono spod mojej ręki? ;)