sobota, 17 grudnia 2016

„Niesamowite opowieści z Chin” Ryūnosuke Akutagawy i Atsushiego Nakajimy


      „Niesamowite opowieści z Chin” przetłumaczył i opracował Krzysztof Szpilman. Zbiór składa się z dwóch opowiadań Ryūnosuke Akutagawy (jeden z najsłynniejszych pisarzy japońskich) oraz czterech Atsushiego Nakajimy (w ramach ciekawostki: to główny bohater anime „Bungō Stray Dogs”; Akutagawa też zresztą tam występuje). Całość opatrzona jest pięknymi ilustracjami, doskonale wprowadzającymi czytelnika w klimat Chin.
      Na początek mamy „Du Zichuna” Akutagawy. Du Zichun to biedny młodzieniec na skraju śmierci. Spotyka starca, dzięki któremu staje się wielkim bogaczem. Wkrótce jednak znów wszystko traci. Sytuacja się powtarza. W końcu Du Zichun odkrywa, co jest w życiu naprawdę ważne: okazuje się, że bynajmniej nie są to pieniądze, bowiem kiedy się je ma, jest się otoczonym „przyjaciółmi”, którzy jednak odwracają się od człowieka, gdy ten traci majątek. Du Zichun postanawia więc zostać uczniem czarnoksiężnika (owego napotkanego starca).
      Drugie opowiadanie, „Opowieść o mistrzu”, jest autorstwa Nakajimy. Głównym bohaterem jest Jichang, który pragnie zostać najlepszym łucznikiem na świecie.

„Zapytany, dlaczego nie ma łuku i nie strzela, Jichang słabym głosem odpowiedział, że doskonałość w działaniu polega na niedziałaniu, doskonałość w mówieniu polega na niemówieniu, a doskonałość w strzelaniu na niestrzelaniu.”

      Dalej mamy „Kronikę górskiego księżyca, czyli o poecie, który został tygrysem” Nakajimy (nasuwa się skojarzenie z Atsushim z „Bungō Stray Dogs”, który potrafi przemieniać się w tygrysa :D). Niezwykle zdolny mężczyzna rzuca urzędniczą karierę, by zostać znanym poetą, lecz to mu się nie udaje. Jego charakter jest powodem, dla którego pewnego dnia zmienia się w tygrysa i powoli traci człowieczeństwo.

„My bardzo mało rozumiemy. Żyjemy, nie znając przyczyny. Nie znając przyczyny, potulnie znosimy przeciwności losu. Takie jest przeznaczenie – nas, istot żyjących.”
„Każdy człowiek hoduje w sobie dziką bestię, którą jest jego charakter.”

      Następnie jest „Człowiek byk” Nakajimy, nieco przykra opowieść o tym, jak nawet najbardziej zaufana osoba może w okrutny sposób nas zdradzić.
      Ostatnie opowiadanie Nakajimy, dość obszerny „Uczeń Konfucjusza” to historia… tak, ucznia Konfucjusza. ;)

„Konfucjusz nie mógł się powstrzymać od śmiechu, kiedy usłyszał, że jest podważany autorytet nauki. Począł szczegółowo wyjaśniać, dlaczego nauka jest tak potrzebna. Jeśli władca nie ma poddanych, którzy go ostrzegają, to sam zatraca poczucie sprawiedliwości. Jeśli człowiekowi dobrze urodzonemu brak współtowarzyszy do wspólnej nauki, to traci cnotę. Nawet drzewo rośnie prosto tylko wtedy, kiedy ma podporę. Koń wymaga czasem bicza, a łuk cięciwy. Podobnie człowiekowi jest potrzebne wykształcenie, bo pomaga opanować mu jego rozwiązłą naturę. Człowiek staje się pożyteczny dopiero wtedy, gdy poprzez naukę wejdzie na właściwą drogę, zostanie poprawiony, pouczony, udoskonalony.”

      Opowiadaniem zamykającym zbiór jest „Chrystus z Nankinu” Akutagawy. To krótka historia, której główną bohaterką jest będąca katoliczką chińska prostytutka, która trudni się tym, a nie innym zawodem, by utrzymać przy życiu siebie i starego ojca.
      Zdecydowanie polecam, bez względu na to, czy jest się fanem Chin, czy nie. Opowiadania mają niesamowity egzotyczny klimat, którym warto się od czasu do czasu pozachwycać!

sobota, 3 grudnia 2016

Listopadowe podsumowanko

      Będzie krótko, bo czasu brak, Tennōji czeka.


      Do mojej biblioteczki trafiły (wszystko w oryginale):
- „When We Were Orphans” („Kiedy byliśmy sierotami”) Kazuo Ishiguro,
- „Kokoro” („Sedno rzeczy”) i „Wagahai wa neko de aru” („Jestem kotem”) Sōseki Natsume,



- „Shōwa bungakushi” („Historia literatury Shōwa”) Masaaki Kawanishi,
- „Joshinki” („Kronika bogini”) Natsuo Kirino,
- „Ningen shikkaku” („Zatracenie”) Osamu Dazai,
- „Rashōmon” Ryūnosuke Akutagawa (nie mogłam się powstrzymać, kiedy zobaczyłam wydanie z okładką z „Bungō Stray Dogs”!),


- manga „Kimi ni todoke” Karuho Shiina (tom 14 oraz 16-19).
      Przeczytałam zaś:
- „Miasto niebiańskiego ognia” Cassandra Clare,
- „Folwark Zwierzęcy” George Orwell,
- „Karp wyczarowany ze snu” Akinari Ueda,
- „Na Saskiej Kępie” Bolesław Prus,
- „Watsonowie” Jane Austen,
- „Echa leśne” Stefan Żeromski,
- „Darker than black: Shikkoku no hana” (tomy 3-4),
- „Kimi ni todoke” (tomy 1-5).
      Jak widać, przeważały nowelki (po polsku) i mangi (w oryginale). Powinnam się wreszcie wziąć za książki po japońsku, ale to taaakie czasochłonne. ;_;
      No nic, do następnego!

piątek, 25 listopada 2016

Słówko o hazardzie, czyli „Gracz” Fiodora Dostojewskiego


„Jeśli przychodzę, to przychodzę cała. To mój zwyczaj.”

      Głównym bohaterem tej powieści jest zakochany w Polinie Aleksandrowej Aleksy Iwanowicz. Pracuje jako nauczyciel dla rodziny pewnego generała, którego Polina jest pasierbicą. Generał oraz Polina popadają w długi i liczą na rychłą śmierć majętnej babci (która, nawiasem mówiąc, jest nieziemska, kocham ją!). Przez powieść przewijają się stale inne postaci, takie jak choćby Anglik Astley, „Francuzik” des Grieux i mademoiselle Blanche (w której zakochany do szaleństwa jest generał). Ważną rolę odgrywa kasyno, a w nim ruletka. Hazard to niebezpieczna sprawa, wystrzegajmy się go! *prawi morały*

„Nie mogę sobie zdać sprawy, co się ze mną stało, czy w istocie jestem nienormalny, czy po prostu zboczyłem z wytkniętej drogi i szaleję.”

      W pułapkę hazardu wpada w końcu sam Aleksy Iwanowicz, ale tego, czy się z niej wydobędzie, się nie dowiadujemy.

„Czym jestem dzisiaj? Zerem. Czym mogę być jutro? Jutro mogę zmartwychwstać i na nowo zacząć żyć! Mogę odnaleźć w sobie człowieka, dopóki ten jeszcze nie zginął!”

      Jak się okazuje, sam Dostojewski też był hazardzistą i „Gracza” napisał w ekspresowym tempie, by spłacić długi. To nie jedyne, co upodabnia Aleksego do autora. Dostojewski również przeżył miłość do pewnej Poliny. Ciekawa jestem, jak wiele tego, co wydarzyło się w „Graczu”, było odbiciem tego, co zdarzyło się w życiu wielkiego pisarza…

sobota, 12 listopada 2016

„Wspomnienia z domu umarłych” Fiodora Dostojewskiego


      Książkę tę planowałam przeczytać od czasu zaznajomienia się z „Innym światem” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, ponieważ „Wspomnienia z domu umarłych” się tam pokazały. Ogółem Dostojewskiego chciałam poczytać jeszcze wcześniej, czyli po lekturze rewelacyjnej „Zbrodni i kary”. Nie wiem, jak to się stało, że za „Wspomnienia…” zabrałam się dopiero w ostatnie wakacje.
       Przynajmniej każdy, kto ma za sobą drugą (?) klasę liceum, powinien doskonale Dostojewskiego kojarzyć. Facet pisał niesamowicie, jestem zachwycona jego sposobem prowadzenia narracji. Nie wiem, czy u kogoś jeszcze spotkałam się z akapitami mogącymi ciągnąć się na kilka stron. Nie przeszkadza mi to, wolę opisy niż dialogi.
      „Wspomnienia z domu umarłych” to niby historia Aleksandra Pietrowicza, ale tak naprawdę opowiada o katordze samego autora, na którą ten został zesłany w 1849 roku za przynależność do jakiejś rewolucyjnej grupy. Podobno najpierw dostał wyrok śmierci - jak dobrze, że karę złagodzono! Ostatecznie odbył w Omsku czteroletnią katorgę, a po paru latach napisał „Wspomnienia…”.
      Bałam się, że będę płakać, szczękać zębami i wołać o pomstę do nieba jak w przypadku „Innego świata”, ale na szczęście tak nie było. Owszem, żal mi katorżników, ale prawda jest taka, że było wśród nich wielu morderców. Inni byli złodziejami i tak dalej. Prawda, jedni zasługiwali na karę, inni nie, ale w jakim systemie nie zdarza się, by nie cierpieli niewinni? Przykre, ale prawdziwe. Denerwowało mnie, gdy więźniowie wykonywali bezsensowne prace albo gdy dostawali za mało jedzenia… Nie jestem za obozami pracy, ale z drugiej strony, ci ludzie w pracy odnajdywali jakiś cel, bo tak, to tylko siedzieli i nie mieli co ze sobą zrobić. Okropny musiał być też zupełny brak prywatności. Wyobrażacie sobie non stop przebywać co najmniej z kilkudziesięcioma innymi osobami? Nie wiem, jak Wy, ale ja bym zwariowała.
      Pozytywnie zaskoczył mnie stosunek mieszkańców pobliskiej wioski do katorżników. Współczuli im i nieraz dawali jałmużnę. Spodziewałam się raczej jakiegoś napiętnowania i tak dalej, ale na szczęście nieczęsto się ono zdarzało.
      Żeby już nie przedłużać: dużo gorzej mieli w Auschwitz i w tym podobnych miejscach, co nie znaczy, że rosyjska katorga to coś jakkolwiek miłego (choć bywali i tacy, którzy na swój sposób się z niej cieszyli - biedacy, którzy w twierdzy mieli przynajmniej co do ust włożyć, nie to, co na wolności; skojarzyło mi się to z „Takasebune” Moriego Ōgaia). Ostatecznie więźniowie witali wyjście na wolność z niepomierną radością… czemu chyba nie trzeba się dziwić.

piątek, 4 listopada 2016

Październikowe podsumowanko

      Pierwszy miesiąc spędzony w Japonii nie mógł nie obfitować w zakupy książkowo-mangowe. Ciężko się powstrzymać, kiedy istnieje tu takie cudo jak „book off”, gdzie można zdobyć tomiki nawet za 100 jenów (około 4 zł), prawda? Cóż, mimo wszystko i tak się wzbraniałam, bo po pierwsze, nie wiedziałam, jak ucierpią na takich zakupach moje finanse (stypendium otrzymaliśmy dopiero 31.10), a po drugie, bądźmy szczerzy, zanim przeczytam to wszystko, miną wieki (w końcu to oryginały, a po japońsku nie czytam przecież tak szybko jak po polsku ;_;).
      Nie przedłużając już - do mojej biblioteczki trafiły:
- „Deep love: Ayu no monogatari” by Yoshi,
- „Kōkotsu no hito” (mam tę książkę po polsku - pod tytułem „Lata mroku” - ale bardzo chciałam oryginał, tym bardziej, że go „badam”) i „Hashioka Seishū no tsuma” Sawako Ariyoshi,
- „Dark” i „Sabiru kokoro” Natsuo Kirino,
- „J Bungaku” Roberta Campbella (o japońskiej literaturze - po japońsku i po angielsku, hi, hi, sprytna ja),
- „Kimi ni todoke” (tomy 1-13 i 15),
- „Darker than black: Shikkoku no hana” (tomy 1-4, czyli wszystkie).











      Co do czytania… Wyszło tego dużo więcej niż się spodziewałam (5 książek i 5 mang). Myślałam, że przebywając na drugim końcu świata i próbując przywyknąć do nowego życia, nie znajdę czasu na lekturę. Ale gdzie tam, potrzebuję tu tego tak samo jak i w domu, więc kiedy mogę, chwytam za książkę (czy raczej ebooka) lub mangę. Nie było co prawda ambitnie, bo miałam ochotę na coś lekkiego, więc padło głównie na „Dary anioła” Cassandry Clare. Powód jest śmieszny: jakiś czas temu oglądałam serial „Shadowhunters”, „zakochałam się” w Alecu (czy raczej Matthew Daddario), więc stwierdziłam, że w końcu przeczytam tę serię (w 2010 roku przeczytałam jedynie pierwsze trzy tomy). Taak… Sprawa przedstawia się więc w ten sposób:
- „Miasto kości”, „Miasto popiołów”, „Miasto szkła”, „Miasto upadłych aniołów”, „Miasto zagubionych dusz”  Cassandry Clare,
- „Akatsuki no Yona” (tomy 19-21),
- „Darker than black: Shikkoku no hana” (tomy 1-2).
      To by było na tyle. Bywajcie!

niedziela, 23 października 2016

Z wykonywaniem obowiązków związane jest „Pewne ryzyko” (Will Thomas)


„Najlepszy w Londynie prywatny detektyw zatrudni pomocnika. Wymagana umiejętność pisania na maszynie i stenotypii. Z wykonywaniem obowiązków związane jest pewne ryzyko. Płaca współmierna do umiejętności.”

      Londyn, rok 1884. Młody Thomas Llewelyn dostaje pracę u znanego prywatnego detektywa, Cyrusa Barkera.
      Niebawem mężczyźni otrzymują zadanie: ktoś pchnął w serce, a następnie ukrzyżował Żyda polskiego pochodzenia, Louisa Pokrzywę. Czy to robota Ligi Antysemickiej, niezgadzającej się z tym, iż żydowscy imigranci napływający z Europy Wschodniej odbierają im miejsca pracy? A może ktoś wyrównał osobiste porachunki? Cyrus i Thomas zaczynają badać sprawę. Thomas, który dopiero od niedawna przebywa w Londynie, dzięki pracodawcy jest w stanie coraz lepiej poznać miasto i rządzące nim reguły. Świetnie wykształcony Barker nauczy go wielu ciekawych umiejętności, które przydadzą mu się w pracy pomocnika detektywa.
      Nie czytałam ani nie oglądałam niczego o Sherlocku Holmesie (nie wiem, jakim cudem, ale to prawda), ale ta historia od razu mi się z nim skojarzyła. Klimat bardzo mi się spodobał, więc chętnie sięgnęłabym wreszcie po dzieła Doyle’a. Zafascynowany nimi jest Will Thomas, autor „Pewnego ryzyka” będący bibliotekarzem, mężem, ojcem, wielbicielem epoki wiktoriańskiej oraz kuchni włoskiej i azjatyckiej. Ciekawy człowiek, co?  Interesuje się też japońskimi sztukami walki.
      Powieść godna polecenia. Nie jestem w stanie porównać jej z Sherlockiem, ale Thomas, Cyrys i inni bohaterowie zaskarbili sobie moją sympatię. Atmosfera dziewiętnastowiecznego Londynu świetna, wątek antysemicki ciekawy. Ponadto można się dowiedzieć kilku ciekawych rzeczy, na przykład związanych z tradycjami żydowskimi. Jeśli macie czas i sposobność, sięgnijcie kiedyś po „Pewne ryzyko”.

„Co za dzień! Krwawiłem z rany w głowie, w uszach mi dzwoniło i nigdy w życiu nie czułem się lepiej.”

piątek, 14 października 2016

Tyranozaur w „Kanionie Tyranozaura” (Douglas Preston)


      Pewien facet o nazwisku Weathers i przezwisku Patyk dokonuje niesamowitego odkrycia. Niestety, zaraz potem zostaje zamordowany przez człowieka działającego na rozkaz pełnego kompleksów naukowca, Iaina Corvusa, który zamierza pokazać światu, jaki to jest wspaniały.
      Zanim Maddox, zabójca Weathersa, dociera do ciała ofiary (strzał oddał z daleka), znajduje je konno podróżujący akurat po kanionach Tom Broadbent. Okazuje się, że mężczyzna jeszcze żyje. Ostatkiem sił wręcza Tomowi notes i błaga, by ten oddał go jego córce, Robbie. Następnie umiera. Tom, domyślając się, że morderca będzie chciał dopaść świadka zbrodni, wraca do domu. Mimo próśb żony, Sally, postanawia odnaleźć córkę zmarłego, by spełnić jego ostatnie życzenie. Niestety, nie wie, kim on był. W notatniku odkrywa same tajemnicze liczby. Domyślając się, że to jakiś szyfr, kontaktuje się z mnichem Fordem, który niegdyś był szyfrantem w CIA.
      Tymczasem Corvus rozkazuje Maddoxowi koniecznie znaleźć notes Weathersa. Jednocześnie zleca laborantce Melodie Crookshank analizę tajemniczej próbki, którą Maddox znalazł w rzeczach Weathersa. Rozpoczyna się swoisty wyścig. Kto odkryje sekret, a kto wejdzie w posiadanie paleontologicznego skarbu?
      Książka nie wciska w fotel ani nic z tych rzeczy, niemniej czytało mi się ją całkiem miło i sprawnie. Jeśli lubicie archeologiczno-paleontologiczne klimaty i prażące słońce nad kanionami, sięgnijcie po nią.
      Jeśli ktoś jest zainteresowany czytaniem bloga, na którym opisuję swoje japońskie przygody, niech poda w komentarzu maila, na którego będę mogła wysłać zaproszenie.

niedziela, 2 października 2016

Wrześniowe podsumowanko

      Ze względu na zamieszanie wokół wyjazdu do Japonii udało mi się przeczytać jedynie cztery książki: „Wspomnienia z domu umarłych” i „Gracza” Fiodora Dostojewskiego, „Niesamowite opowieści z Chin” Ryūnosuke Akutagawy i Atsushiego Nakajimy, „Być jak płynąca rzeka” Paulo Coelho. Mang nie kupiłam, bo oszczędzałam („darmowy” wyjazd na stypendium wcale taki darmowy nie jest, pierwszy miesiąc trzeba przeżyć za własne pieniądze), online jakoś też chyba nie czytałam, więc tu pojawia się jedno wielkie zero. Książek również nie kupowałam (serducho tak bardzo boli), ale na imieniny dostałam od przyjaciółki „Dotyk ciemności” C.J. Roberts, dzięki czemu mam już całą trylogię. Dziękuję!


      Jeśli ktoś ewentualnie jest zainteresowany czytaniem bloga, na którym opisuję swoje japońskie przygody, niech poda w komentarzu maila, na którego wyślę zaproszenie.
      Październikowe podsumowanie będzie o wiele bogatsze, bo od wczoraj kupiłam już siedemnaście różnych tomików. :D Bywajcie!

czwartek, 29 września 2016

Ostatnie spotkanie z Wallanderem - „Ręka” (Henning Mankell)


      Kiedy udało mi się wreszcie zdobyć „Rękę” Mankella w promocyjnej cenie (zapłaciłam o dziesięć złotych mniej), niemal natychmiast musiałam zabrać się za jej lekturę. Sama „Ręka” to nieco ponad stustronna opowieść, która chronologicznie dzieje się między „Nim nadejdzie mróz” a „Niespokojnym człowiekiem”. Nie jest to więc ostatnie śledztwo Wallandera, jak grzmią na okładkach.
      Fabuła „Ręki” skupia się wokół… ręki. A właściwie jej kości. Ale od początku.
      Każdy, kto zetknął się z Kurtem, wie, że ten marzy o wyprowadzce z mieszkania na Mariagatan w Ystad do domu na wsi. Któregoś dnia jeden z jego najlepszych kolegów i współpracowników, Martinsson, zawiadamia go, że ma na sprzedaż dom należący do kuzyna swojej żony. Wallander jedzie go obejrzeć. Już niemal się na niego zdecydował, gdy… w ogrodzie o coś się potyka. A tym czymś okazuje się kość. Ludzka. Jak szybko odkrywa, to ręka. Natychmiast zawiadamia kolegów, a sam postanawia, że nie zamieszka w domu, w którym być może popełniono niegdyś morderstwo bądź który mieści się na terenie dawnego cmentarza. Niebawem lekarz kryminalny potwierdza ponure przypuszczenia: osoba, która została pogrzebana w ogrodzie, powiesiła się lub została uduszona. Kurt rozpoczyna dochodzenie.
      Dalsze strony tomu składają się z kilku części podsumowujących cały cykl. Mamy esej Mankella, w którym ten opowiada o tym, jak wpadł na pomysł serii o komisarzu czy na samą postać Kurta. Mamy krótkie opisy poszczególnych tomów, spis postaci i miejsc występujących w cyklu, a także kilka ciekawostek na temat Kurta Wallandera. Zrobiło mi się przykro na wieść, że Mankell nie wykluczał napisania kolejnych książek z udziałem córki Kurta, Lindy (tak jak w „Nim nadejdzie mróz”), czego już jednak nie zrobi, bo niestety nie żyje.
      Jest mi okropnie przykro, że ukończyłam tę serię. Bardzo przywiązałam się do postaci, miejsc… Styl Mankella bardzo mi odpowiada. Nie dość, że sprawy i dochodzenia są ciekawe, to jeszcze bohaterowie są cudownie ludzcy. Żaden nie jest idealny, na czele z samym Wallanderem: stroniącym od sportu, nieco gburowatym, mającym cukrzycę i pecha w związkach facetem z brzuszkiem. Nurtuje mnie też kilka pytań, na które nigdy nie dostanę już odpowiedzi. Kilka niuansów nie zostało wyjaśnionych i czuję z tego powodu pewien niedosyt. Niemniej jednak na pewno będę miło wspominać tę serię. Jak tylko będę miała okazję, wezmę się za inne powieści Henninga Mankella.
      A tak z innej beczki: pozdrawiam z Japonii, w której nadal panują niesamowite upały (więc zdycham)!

czwartek, 22 września 2016

O tym, co się zdarzyło „Sześć lat później” (Harlan Coben)


      Po dość długiej przerwie od Cobena (od kiedy odkryłam Henninga Mankella, to głównie jego thrillery czytałam), sięgnęłam po „Sześć lat później”. Książka ta już od dłuższego czasu stała na jednej z moich półek i wołała: „Przeczytaj mnie wreszcie, no dalej!”. Posłuchałam.
      Główny bohater, Jake Fisher, to wykładowca na wydziale politologii jednego z amerykańskich uniwersytetów. Sześć lat wcześniej przeżył cudowną, trzymiesięczną przygodę miłosną z Natalie. Pewien, że oboje pałają do siebie miłością, jaką nie będą w stanie obdarzyć już nikogo i nigdy, czuje się zdruzgotany, gdy Natalie oświadcza mu, że kocha swojego byłego chłopaka, Todda, i wychodzi za niego za mąż. Tak się faktycznie dzieje - Jake idzie na ślub, by na własne oczy zobaczyć, jak jego ukochana oddaje się innemu. Po ceremonii Natalie wymusza na nim obietnicę, by zostawił ją i jej męża w spokoju.
      Jake dotrzymuje obietnicy przez sześć lat. Wówczas to widzi nekrolog mężczyzny, który musi, po prostu musi być tym Toddem, którego poślubiła Natalie. Kiedy jednak jedzie na pogrzeb, okazuje się, że Todd był żonaty z inną kobietą, a do tego ma z nią kilkunastoletnie dzieci. Jake chce dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi, ale nikt nie ułatwia mu zadania: nikt nie pamięta o istnieniu kogoś takiego jak malarka Natalie. Jake, mimo próśb, nalegań oraz gróźb postanawia odnaleźć swą jedyną miłość.
     Miło było wrócić na chwilę do Cobena. Zawsze przyjemnie mi się go czyta, mam zresztą za sobą większość jego powieści. Polecam, choćby po to, by oderwać się na moment od skandynawskich kryminałów. ;)
      Suzu, wszystkiego najlepszego z okazji urodzin po raz któryś tam! Miłego czytania tej oraz innych pożyczonych/danych przeze mnie książek! :D

sobota, 17 września 2016

O powstaniu Cmentarza Zapomnianych Książek - „Książę Parnasu” Carlosa Ruiza Zafóna


      Kiedy już muszę odpowiedzieć na pytanie „Kto jest twoim ulubionym autorem?”, odpowiadam, że Carlos Ruiz Zafón. Ogółem lubię przecież wielu pisarzy, a jakże, ale Zafón… Ach, to dopiero geniusz! Malarz słów. Znaczy tak: nie wiem, jak jego utwory brzmią w oryginale, ale polskie przekłady są przecudowne (brawa dla tłumacza/tłumaczy!). Siostra śmieje się ze mnie, gdy mówię, że w każdym napisanym przez niego zdaniu drzemie magia, ale ja naprawdę tak uważam.
      „Książę Parnasu” był, o ile dobrze pamiętam, dodatkiem do zakupu którejś z innych książek Zafóna. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu, jakoś go nie zdobyłam. Ostatnio szperałam jednak w bibliotece i znalazłam to cudeńko. Pochłonęłam szybciutko, bo to raptem sześćdziesiąt stron.
      Bez sensu to porównywać do dłuższych dzieł Zafóna. Wiadomo, że „Cień wiatru” zawsze wygra z „Księciem Parnasu”. Ale hej, to nie znaczy, że nie warto go przeczytać! Wręcz przeciwnie: każdy wielbiciel Cmentarza Zapomnianych Książek chciałby przecież wiedzieć, jak on powstał, prawda? I to właśnie - między innymi - mamy w „Księciu Parnasu”. Akcja dzieje się w Barcelonie i we Włoszech w XVI i XVII wieku. Poznajemy drukarza Antoniego de Sempere (Daniel Sempere z „Cienia wiatru” jest z pewnością jego dalekim potomkiem) oraz, uwaga, Miguela de Cervantesa czy choćby Sancho Fermina de la Torre (co nasuwa skojarzenie nie tylko z Sancho Pansą, ale i z Ferminem Romero de Torres z „Cienia wiatru”. Przypadek? Nie sądzę). Poznajemy historię pięknej Franceski i kłopotów Cervantesa związanych z napisaniem dzieła, które będzie tak znamienite, że będą je chwalić całe pokolenia (jak wiemy, to mu się w końcu udało).
      Polecam, bo skojarzenia gonią skojarzenia, a język jak zwykle jest przepiękny. :)

poniedziałek, 12 września 2016

„Przykry początek” i przykre dalsze losy, czyli pierwszy tom Serii Niefortunnych Zdarzeń Lemony’ego Snicketa + wyniki konkursu


      Od dawien dawna miałam ochotę wrócić do ulubionych książek lat dzieciństwa i okresu-buntu-który-chyba-mnie-ominął. Ale że odczuwam też nieodpartą potrzebę czytania nieznanych mi jeszcze powieści, wpadam w impas. Postanowiłam znaleźć coś w rodzaju złotego środka i zamiast brać się na przykład za całą serię Harry’ego Pottera czy grube tomiszcza „Atramentowego Świata”, sięgnęłam po pierwszą część Serii Niefortunnych Zdarzeń Lemony’ego Snicketa (to pseudonim, tak naprawdę autor nazywa się Daniel Handler).
      Moja przygoda z tą serią zaczęła się bodajże w piątej klasie podstawówki, czyli… cóż, wiele lat temu. Pierwszym tomikiem, który zdobyłam, była część szósta - „Winda widmo”. Pokochałam autora za cudownie czarny humor i niesamowite pomysły. Do dziś wspominam tę serię jako jedną z moich ulubionych, a powrót po latach do przygód sierot Baudelaire sprawiła mi niemałą frajdę.
      Wróćmy jednak do „Przykrego początku”. Czternastoletnia Wioletka, dwunastoletni Klaus i Słoneczko (żeby nie było: to dziewczynka) będące jeszcze niemowlęciem pewnego pochmurnego, mglistego dnia bawią się na plaży. Wtem przychodzi do nich znajomy bankier, pan Poe. Ma dla nich straszną wiadomość: ich wielki dom spłonął doszczętnie, niestety zabijając przy tym ich ukochanych rodziców.
      Niebawem sierotki trafiają do Hrabiego Olafa, okrutnego aktora czyhającego na ich majątek. Aby sprostać trudnościom i udaremnić Hrabiemu jego niecne plany, dzieci wykorzystują swoje największe zdolności: Wioletka jest młodą wynalazczynią, Klaus - molem książkowym, który z przeczytanych lektur zapamiętuje większość informacji, zaś Słoneczko… Cóż, niekoniecznie w pierwszej części, ale potem nieraz będzie korzystało ze swoich ostrych ząbków (a potem odkryje w sobie jeszcze talent kucharski, o ile dobrze pamiętam!). Innymi słowy, to mądre, zaradne dzieciaki, o których świetnie się czyta.
      Polecam, polecam, polecam! Całą serię, oczywiście. To coś, po co sięgnąć może zarówno dzieciak, jak i nastolatek, dorosły czy osoba starsza. Nietuzinkowy humor to największa zaleta tego cudeńka. Tomiki są krótkie, więc czyta się je bardzo szybko (a przy tym jakże przyjemnie). Całość ma trzynaście części (a jakże!) plus dodatek pod tytułem „Nieautoryzowana autobiografia Lemony’ego Snicketa”. No to już, książki w dłoń i czytać!


      A teraz czas na wyniki konkursu. Uwaga, uwaga, nagrodę otrzymuje…
EDYTA CHMURA

      Gratuluję! Mail zaraz pójdzie. Proszę o szybkie wysłanie adresu (który oczywiście posłuży tylko i wyłącznie wysłaniu nagrody, nigdzie nie zostanie udostępniony).


wtorek, 6 września 2016

„Smak ciemności” (C. J. Roberts)


      Pochwalę się, że taką mam kochaną przyjaciółkę, że z okazji zdobycia licencjatu podarowała mi tę oto książeczkę. :3 Dziękuję, Suzu!
      Zdecydowanie najbardziej optymistyczna i, jak dla mnie, nieco przesłodzona część trylogii. Przesłodzona, jeśli wziąć pod uwagę to, co się działo w życiu bohaterów wcześniej, a nie taka, że miałaby mi się z tego powodu nie podobać, bo kto mnie zna, wie, że ogółem lubię czasem połknąć trochę cukru (niekoniecznie dosłownie :D), choć na co dzień wolę krew, pot i łzy, ewentualnie jakieś masakry (tak, jestem sadystką, kiedy przychodzi do wymyślonych światów).
      Narratorem tym razem jest Caleb. Książka nie powala długością (dwieście ileś tam stron), ale to wystarczające uzupełnienie tego, co znalazło się w poprzednich tomach. Akcja toczy się pomiędzy ostatnim rozdziałem a epilogiem „Zapachu ciemności”. Caleb próbuje żyć jak względnie normalny człowiek (nazywa siebie emerytowanym mordercą), a Livvie wreszcie może egzystować niemal jak zwykła dziewczyna. Niemal, bo przejścia, które zafundował jej ukochany, wpłynęły na jej… gusta erotyczne, że się tak wyrażę.
      Jest ładnie, jest słodko, w niektórych momentach oczywiście ostro (co jak zwykle wywołuje we mnie niesmak), ogółem jest w porządku, ale jakiegoś wielkiego szału nie ma. Trochę brakowało mi Matthew, ale co zrobić, wszystkiego mieć nie można!
      Czytaliście tę trylogię? Jeśli tak, co o niej sądzicie? A może macie ją w planach?

Zapraszam do udziału w konkursie!

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Sierpniowe podsumowanko

      W sierpniu udało mi się przeczytać dziewięć książek (aczkolwiek nieszczególnie długich): „Więcej krwi” Jo Nesbø, „Sześć lat później” Harlana Cobena (recenzja wkrótce), „Przykry początek” Lemony’ego Snicketa (recenzja wkrótce), „Księcia Parnasu” Carlosa Ruiza Zafóna (recenzja wkrótce), „Rękę” Henninga Mankella (recenzja wkrótce), „Kolekcjonera” i „Płomienie śmierci” Alex Kavy, „Kanion Tyranozaura” Douglasa Prestona (recenzja wkrótce) oraz „Pewne ryzyko” Willa Thomasa (recenzja wkrótce).
      Do mojej kolekcji dołączyły:
- „Ręka” Henninga Mankella - bo w promocyjnej cenie,
- „Niesamowite opowieści z Chin” Ryūnosuke Akutagawy i Atsushiego Nakajimy (bardzo znani współcześni pisarze japońscy) - weszłam sobie do księgarni w Bibliotece Uniwersyteckiej UW, patrzę, a tam takie cudo - na dodatek tylko za osiem złotych (!),
- „Być jak płynąca rzeka” Paulo Coelho - od Andzika, dziękuję.




      Stwierdziłam, że przed wylotem do Japonii warto zrobić jakiś mały konkurs. Miałam zamiar urządzić go na początku wakacji, ale mi nie wyszło. Tak jak ostatnio zaznaczam, że książki pochodzą z mojej biblioteczki, więc są używane i podpisane (bo tak już mam, że podpisuję swoje tomiki). Wygrać więc można:
- „Jawne tajemnice” Alice Munro (miękka okładka, wydanie kieszonkowe; używana, stan bardzo dobry, podpisana),
- „Nikt nie chciał słuchać” Isobel i Alexa Kerr (miękka okładka, wydanie kieszonkowe; używana, stan dobry, podpisana),
- „Ocal mnie od złego” Allomy Gilbert (miękka okładka, wydanie kieszonkowe; używana, stan dobry, podpisana),
- „Trzynaście powodów” Jay’a Ashera (miękka okładka; używana, stan bardzo dobry, podpisana),
- „W świecie wiatru i wierzb. Wyznania chińskiej kurtyzany” Miao Sing (twarda okładka; używana, stan bardzo dobry, podpisana),
- „Zmienni” Agaty Kijory (miękka okładka; używana, stan bardzo dobry, podpisana),
- „Z zamkniętymi oczami” Gianrico Carofiglio (miękka okładka; używana, stan bardzo dobry, podpisana).
      Tym razem nie wymagam bycia obserwatorem bloga. Aby wziąć udział w konkursie, należy jedynie umieścić gdzieś baner konkursowy (gdzie chcecie, pamiętajcie tylko, by był podlinkowany). Dodatkowy los dla tych, którzy wstawią linka do swojego komentarza na którymkolwiek z moich blogów (liczą się tylko porządne komentarze, a nie coś w stylu „Super, muszę przeczytać”; nie musi to być nowy komentarz, ktoś, kto ładnie i względnie na bieżąco komentuje, może wstawić linka do starej opinii). Ponadto proszę wyrazić w komentarzu chęć udziału, wybrać 2 książki i podać adres e-mailowy. Oto wzór:

Zgłaszam się!
E-mail:
Baner: *link*
Komentarz (opcjonalnie): *link*
Wybieram:

Regulamin
1. Organizatorem konkursu jestem ja, autorka bloga Hon no Mushi, czyli Aya.
2. Nagrodą w konkursie jest jedna, wybrana przez zwycięzcę książka z wyżej wymienionych. Każdy, kto się zgłasza, ma obowiązek przyjąć do wiadomości, że każda z książek jest używana i może być podpisana. Nie odpowiadam też za to, co teoretycznie może się stać z książką podczas dostawy przez Pocztę Polską.
3. Konkurs trwa od chwili opublikowania tej notki do 11.09.16 włącznie.
4. Zgłoszenia należy zostawić pod tą notką. Muszą być prawidłowe, gdyż inaczej nie będą brane pod uwagę.
5. Zwycięzca jest jeden i zostanie wyłoniony drogą losowania.
6. W konkursie mogą brać udział tylko osoby mieszkające na terenie Polski.
7. Wyniki zostaną ogłoszone w osobnym poście. Ze zwycięzcą skontaktuję się przez e-maila.
8. Zwycięzca ma tydzień na odpowiedzenie na wysłanego przeze mnie e-maila. Jeśli się nie odezwie, wyłoniony zostanie inny zwycięzca.
9. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.)
10. Zastrzegam sobie prawo do zmiany regulaminu, jeśli wystąpi taka konieczność.
11. Udział w konkursie równoznaczny jest z akceptacją regulaminu.
      Powodzenia!


wtorek, 23 sierpnia 2016

„Zapach ciemności” (C. J. Roberts)


      Na wstępie dziękuję Suzu za  podarowanie mi tego tomiszcza na urodziny!
     To druga i jednocześnie najdłuższa część trylogii The Dark Duet. Dowiadujemy się więcej na temat przeszłości Caleba, przechodzimy razem z Livvie przez jej załamanie nerwowe (czy jak to nazwać…) i jej syndrom sztokholmski (no dobra, z tego bynajmniej nie wychodzimy). Poznajemy nowe postaci: agenta FBI Matthew Reeda (moja kolejna miłość: wygrywa z Calebem pod dwoma względami - jest „tym dobrym” i, przede wszystkim, jest brunetem!) oraz doktor Janice Sloan. Oczywiście tych dwoje też ma nie po kolei w głowie, jakżeby inaczej. Wszyscy w tej trylogii mają nierówno pod sufitem. Ogółem skaczemy w czasie jak z kwiatka na kwiatek: raz mamy przeszłość Caleba, raz część dalszą pierwszego tomu, raz przeskok w przód, gdzie Olivia/Livvie/Kotek opowiada o tym, co ją spotkało.
      Cóż by tu powiedzieć… Niektóre fragmenty bardzo mnie gorszyły bądź dobijały (a najczęściej jedno i drugie naraz). Chyba jestem trochę przewrażliwiona, kiedy przychodzi do przedmiotowego traktowania kobiet i dzieci, wykorzystywania ich i ogólnie, jeśli chodzi o całą niesprawiedliwość na świecie. No nie mogę tego zdzierżyć.
      Tak, to erotyk, ale porusza trudne sprawy, które, niestety, wciąż się dzieją. Niekoniecznie tuż obok, często w innych krajach, ale, bądźmy szczerzy, pewnie nie tylko. Handel ludźmi, wykorzystywanie, przemoc… Wiadomo, jak jest. Ale najgorszy jest fakt, że niewiele da się z tym zrobić. Boli mnie to, naprawdę.
      Nadal nie przekonałam się do „wiadomo jakich scen”, wolałabym, gdyby były tylko naszkicowane, a nie tak dogłębnie przedstawiane. Ale co kto lubi. Polubiłam tę serię przez wzgląd na to, co się dzieje w psychice bohaterów, na ich trudne sytuacje, przykrą przeszłość i tak dalej, a nie na erotyczne gierki.

środa, 17 sierpnia 2016

Przed mrozem czy „Nim nadejdzie mróz” (Henning Mankell)?


      Zacznę od przypomnienia, że po „Zaporze” przeczytałam „Niespokojnego człowieka”. Miałam nadzieję, że luki, jakie nieopatrznie sobie pozostawiłam, przeskakując jedną część, zostaną wypełnione dzięki przeczytaniu „Nim nadejdzie mróz”. Ale gdzie tam. Nie wiem, czy Mankell zapomniał o pewnych sprawach, czy może nie chciało mu się o nich pisać, ale, niestety, pozostał niedosyt. Spory niedosyt.
      Jeśli jednak chodzi o „Nim nadejdzie mróz”: książka skupia się na Lindzie, córce Kurta (ale on też często się pojawia). Ukończyła już szkołę policyjną i z niecierpliwością czeka na rozpoczęcie pracy na komendzie w Ystad. Na początku czeka ją oczywiście drogówka: patrole uliczne, łagodzenie bójek i inne nudne sprawy. Tak się jednak życie toczy, że Linda wkłada swój póki co niewidzialny mundur i przeprowadza dochodzenie. Dlaczego? Ano dlatego, że któregoś dnia znika jej przyjaciółka, Anna. Linda stara się ją znaleźć, a niepokój, jaki odczuwa i którego nikt nie rozumie, okazuje się mieć podstawy…
     Dobrze czytało mi się o Lindzie, nie powiem. Ale zdenerwowało mnie kilka rzeczy. Raz - niedowierzający we wszystko Kurt, który normalnie przecież zawsze jest pierwszy do tego, by wtrącać nos w nieswoje sprawy. Dwa - zachowanie Ann-Britt, jednej z policjantek. Zawsze była miła, można było na niej polegać i w ogóle… A tu była co najmniej niesympatyczna i odnosiła się do Lindy z czymś w rodzaju wrogości. Trzy - te niewypełnione luki między „Zaporą” a „Niespokojnym człowiekiem”. Ech… Trochę mi to burzy cały obraz serii, która przecież sama w sobie jest świetna. Niemniej zdecydowanie nie żałuję poświęcenia czasu na którąkolwiek z części cyklu o komisarzu Kuracie Wallanderze!

piątek, 12 sierpnia 2016

Czy mogę prosić o autograf? - „Death Note” (manga i anime)


      Light Yagami wyróżnia się spośród swoich rówieśników-licealistów ponadprzeciętnym intelektem. Świetnie się uczy, jest sprytny, a do tego przystojny i popularny. Któregoś dnia znajduje notes zatytułowany Death Note (Notatnik Śmierci). Czyta instrukcję użycia - w dużym skrócie: okazuje się, że osoba, której imię i nazwisko wpisze się do notesu, umrze. Light oczywiście w to nie wierzy - kto normalny by to zrobił? - ale ostatecznie i tak postanawia wypróbować znalezisko. Okazuje się, że moc notatnika jest prawdziwa.
      Wówczas rodzi się Kira (od angielskiego „killer”) - Light postanawia wykorzystać moc Death Note’a do zabijania przestępców, by uczynić świat lepszym i bezpieczniejszym miejscem. Naturalnie wkrótce ludzie zauważają, że niepokojąco duża liczba „tych złych” umiera na zawał serca… Zaczynają się poszukiwania Kiry, którymi kieruje słynny, acz zagadkowy detektyw - L.
      To bardzo ogólnikowy zarys fabuły. Nie zamierzam nikomu psuć przyjemności czytania bądź oglądania tej historii. Jest cudowna! Zarówno manga, jak i anime należą do moich ulubionych. Uwielbiam tego typu dzieła - mamy inteligentne postaci, konflikty moralne, trochę łez, trochę humoru, a przede wszystkim wciągamy się tak, że świat przestaje istnieć.
      Anime znam od ładnych paru lat, mangę przeczytałam dopiero niedawno. O ile dobrze pamiętam animowaną wersję, nie różni się ona za bardzo od pierwowzoru. Jedno i drugie godne jest szczerego i serdecznego polecenia!
      Ach, i ten dylemat: po której stronie stanąć? Kira to morderca, ale, bądźmy szczerzy, kto nie poczułby się bezpieczniej, gdyby ktoś karał przestępców? Dzięki takiej karze inni boją się popełniać zbrodnie, więc naturalnie jest ich coraz mniej. Kusząca wizja, co? Z drugiej strony, nikt nie może zabijać ani bawić się w Boga. Uch, ciężka sprawa.
      Jeśli chodzi o mangę, kreska bardzo mi się podoba i pasuje do fabuły. Co do anime - świetny dobór seiyuu*(Mamoru Miyano w roli Lighta wykonał kawał dobrej roboty!) oraz muzyki. Polecam z całego serducha, nawet jeśli nie lubicie japońskich produkcji. To coś, co powinien obejrzeć każdy, kto lubi klimaty psychologiczne, kryminalne, a także, za sprawą Shinigami**, fantastyczne.
      Za możliwość przeczytania całości w wersji papierowej i po polsku dziękuję Kagamicchiemu!



* Aktor głosowy. W Japonii takie osoby robią niezłą karierę!
** Japoński bóg śmierci.


L i Light (by Anbuu)

środa, 3 sierpnia 2016

„Z zamkniętymi oczami” (Gianrico Carofiglio)


     To chyba pierwsza włoska książka, jaką miałam okazję przeczytać. Nie jestem w stanie zapamiętać większości imion i nazwisk występujących w niej postaci (z głównym bohaterem na czele), wybaczcie.
      Owy główny bohater jest adwokatem. Któregoś dnia przychodzi do niego znajomy policjant oraz siostra Claudia (to jedno z nielicznych mian, które zapamiętałam) - proszą, by zajął się sprawą niejakiej Martiny, która jest prześladowana przez byłego chłopaka. Dwóch innych prawników odprawiło ich z kwitkiem. Wszystko przez to, że oskarżonym jest niezła szycha mająca rozległe znajomości… Mimo tego narrator zgadza się wziąć sprawę, mając świadomość, że może ona oznaczać koniec jego kariery.
      Książka na jeden dzień (albo nawet wieczór), ledwie dwieście stron z kawałkiem. Mam nieco mieszane uczucia. Powiem tak: była w porządku, ale szału nie ma. Cieszę się, że nie dałam za nią więcej niż pięć złotych (złapałam ją na wyprzedaży). Podobno autor jest dość znany we Włoszech, chyba nawet zekranizowano serię o tym głównym-bohaterze-którego-imienia-nie-pamiętam (z pomocą przyszło Lubimy Czytać - to  Guido Guerrieri; po stokroć wolę japońskie miana), ale mnie jakoś nie oczarował. Jeśli macie ochotę na kryminał czy thriller, sięgnijcie lepiej po skandynawskich autorów. :D

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Lipcowe podsumowanko

      Lipiec poszedł całkiem nieźle, choć przez zdecydowaną jego większość nie miałam czasu na czytanie przez wzgląd na obronę (grunt, że licencjat wreszcie jest!) i wyjazdy (mogłam czytać tylko w drodze, potem nie było jak). Przeczytałam „Nim nadejdzie mróz” Henninga Mankella, „Zapach ciemności”, i „Smak ciemności” C.J. Roberts, „Z zamkniętymi oczami” Gianrico Carofiglio, „Samotność w Sieci” Janusza Leona Wiśniewskiego, „Ściśle tajne” Alex Kavy oraz „Krew na śniegu” Jo Nesbø. Jest więc siedem książek, do tego light novel „Tokyo Ghoul: Codzienność”, a także sześć mang: ósmy tom „Tokyo Ghoula”, czwarty „Noragami”, szesnasty, siedemnasty i osiemnasty „Akatsuki no Yona” (online) oraz drugi „QQ Sweepera”.
      Do mojej biblioteczki dołączyły tylko dwie pozycje, obie zostały już wyżej wymienione. Są to:
- „Z zamkniętymi oczami” Gianrico Carofiglio - wyczajone za pięć złotych na wyprzedaży,

Kupiłam też sobie gierkę, ale jeszcze jej nie odpaliłam.

- „Smak ciemności” C.J. Roberts - dostałam od Suzu w nagrodę za ukończenie I stopnia studiów - dziękuję!


      To tyle, bo nie mam czasu pisać. Nadal mam obowiązki jako wolontariusz Światowych Dni Młodzieży. Jest naprawdę super. :)