poniedziałek, 30 listopada 2015

Listopadowe nabytki

      W listopadzie do mojej biblioteczki dołączyło sześć książek, a także trzy mangi:
- „Haruki Murakami i muzyka słów” Jay Rubin - zdobyty w Biedronce, nie pamiętam, ile kosztował, ale w przedziale 10-25 złotych;
- „Porwanej i sprzedanej powrót do piekła” Sarah Forsyth - jw.; od czasu do czasu czytam tego typu rzeczy i dobijam się tym, jak traktuje się kobiety w świecie, który nazywamy nowoczesnym i cywilizowanym...;



- „Onnazaka. Droga kobiety” Fumiko Enchi - zamówiona na Allegro; jedna z książek, które czytam na przedmiot zwany historią współczesnej literatury japońskiej;
- „Na rozstaju” Higuchi Ichiyō - jw.;
- „Mężczyźni bez kobiet” Haruki Murakami - jw.;
- „Krew na śniegu” Jo Nesbø - po dwóch i pół miesiąca od wygrania tej książki na Lubimy Czytać ta wreszcie do mnie doszła;



- jedenasty tom „Ścieżek Młodości”, pierwszy „Noragami” (dla Yato jestem skłonna wydać na mangę więcej niż 20 złotych, choć w tym przypadku było taniej, bo promocja) i czwarty „Tokyo Ghoula”.


      Listopad okazał się bardziej mangowym aniżeli książkowym miesiącem, nad czym nieco ubolewam, niemniej trzeba przyznać, że mangi są dobrym rozwiązaniem, gdy nie bardzo ma się czas na czytanie ze względu na studia (bo nie da się ukryć, że w listopadzie miałam dużo więcej do roboty niż w październiku). Przeczytałam więc jedynie trzy książki, ale za to również około dwudziestu mang (część w wersji papierowej, część w internecie). Chciałabym podziękować Kagamicchiemu za pożyczenie kolejnych tomików „Death Note’a”. :)
      Dziękuję za odwiedziny i ślady obecności. Za kilka godzin grudzień, do świąt coraz bliżej! ^^
      Pozdrawiam!

sobota, 21 listopada 2015

Początek przygody z Kurtem Wallanderem - „Morderca bez twarzy” Henninga Mankella


      Zaczęło się niewinnie. Podczas jednej z licznych wycieczek do Biedronki upolowałam dobrze zapowiadający się kryminał. Jakiś czas później w tym samym miejscu kupiłam „Mordercę bez twarzy” Henninga Mankella i dopiero w domu zorientowałam się, iż ten wyżej wymieniony kryminał to szósta część serii o komisarzu Kurcie Wallanderze, a owy „Morderca bez twarzy” to jej pierwsza odsłona.
      Henning Mankell, znany i lubiany szwedzki pisarz, niedawno niestety zmarł. Zasmuciło mnie to, bo bardzo polubiłam jego książki. O jednej w skrócie dziś opowiem.
      Mamy lata 90-te XX wieku. Kurt Wallander, komisarz ystadzkiej policji, bierze udział w poszukiwaniu mordercy - lub morderców - dwojga staruszków. Ta para rolników żyła sobie spokojnie, nikomu nie wadząc, któż więc miałby pragnąć ich śmierci? Co więcej, mężczyznę brutalnie zamordowano, kobietę zaś poturbowano i pozostawiono w takim stanie, że przed śmiercią zdołała wykrztusić tylko jedno słowo, które może, ale nie musi pomóc policji w schwytaniu winnego/winnych. Wallander ma więc na głowie ważną sprawę, a jakby tego było mało, zwaliły się na niego problemy osobiste. Czy uda mu się dociec prawdy?
      W tej części czegoś mi brakowało, ale to nic. Dlaczego? Ano dlatego, że czułam się, jakby to był tylko wstęp do czegoś większego - i nie pomyliłam się! Kolejne tomy są lepsze, często ciężko się od nich oderwać. W tej części stykamy się głównie z problemem imigracji i rasizmu, w innych również poruszane są ważne kwestie różnego rodzaju.
      Znacie Kurta Wallandera i jego przygody (jak nie z książek, to może z filmów, bo jest ich sporo)? Jestem po jakichś siedmiu częściach i zdecydowanie chcę przeczytać całą resztę. Polecam serdecznie wszystkim wielbicielom kryminałów i thrillerów, nie tylko skandynawskich.

sobota, 14 listopada 2015

Młodzi piszą, czyli „Zmienni” Agaty Kijory


      Książkę wygrałam na jednym z blogowych konkursów. Nie jest gruba czy szczególnie ciężka, a więc idealna na czytanie w pociągu, autobusie czy na wykładach.
      Gdy tylko zaczęłam lekturę, poczułam się, jakbym czytała jedno z blogowych opowiadań. Uczucie to towarzyszyło mi zresztą do końca. Miałam wrażenie, że zapoznaję się z twórczością nastolatki i zaciekawiona wpisałam w Google nazwisko autorki - jak się okazało, moje odczucia nie wzięły się znikąd. Agata Kijora faktycznie jest młodą osóbką - licealistką - nic więc dziwnego, że jej styl nie jest jeszcze szczególnie dopracowany i dojrzały (co jednak nie oznacza, że jest zły, książkę naprawdę czytało się całkiem przyjemnie).
      Ale zacznijmy od początku. Narratorką powieści jest nastoletnia Lilith. Wiedzie sobie spokojne życie w niewymienionym z nazwy miasteczku. Wszystko ładnie, pięknie - do czasu, gdy ktoś włamuje się do jej domu, a niebawem porywa jej rodziców. Jakby tego było mało, atakuje ją potwór, który potem okazuje się być złym goblinem. Na szczęście ratuje ją nieziemsko przystojny chłopak, James, a Lil niedługo dowiaduje się, że tak naprawdę oboje pochodzą z innego świata (Sudicante) i nie są ludźmi, lecz zmiennokształtnymi. Tego wszystkiego dowiadujemy się już w pierwszym rozdziale, więc nie czujcie się zaspoilerowani.
      Brzmi oryginalnie? Dla mnie na pewno nie, zważywszy na to, że jako dzieciak z gimnazjum zaczęłam pisać opowiadanie, które pod wieloma względami przypomina „Zmiennych” (klik). To wszystko nie oznacza jednak, że książka Kijory jest zła. Wręcz przeciwnie, ma potencjał i wydaje mi się, że jeżeli dziewczyna będzie dalej szkoliła swój warsztat pisarski, w przyszłości może stworzyć naprawdę świetne powieści. Powodzenia, Agato! ;)
      Szczerze mówiąc, gdybym była teraz gimnazjalistką, zapewne byłabym zupełnie zachwycona „Zmiennymi”. Teraz mam niestety nieco wyższe wymagania. ;) Dlatego polecam tę książkę przede wszystkim młodzieży lubiącej fantasy. Elfy, wilkołaki, smoki, zmiennokształtni, czarodzieje, piękna magiczna kraina... Dla młodszych fanów takich klimatów to powieść zdecydowanie warta przeczytania.
      Wiecie co, podziwiam młodych ludzi, którzy nie boją się wysłać swoich wypocin do wydawnictw. No, właściwie nie tylko młodych, bo ogółem trzeba być nieźle odważnym, żeby zdobyć się na taki krok... Też tak uważacie?

niedziela, 8 listopada 2015

„Papierowe miasta”, papierowi ludzie...


      Nieco oczarowana seansem „Gwiazd naszych wina”, dwa dni później sięgnęłam po „Papierowe miasta”, jako że i one są ekranizacją powieści Johna Greena (którego nadal nie czytałam). Było o nich dość głośno, film nowy (tegoroczne lato) i całkiem znany, myślę sobie, a co tam, teksty przetłumaczone, chiński zrobiony, odprężę się i sobie obejrzę. Ech, jak się okazało, mogłam znaleźć sobie lepszą rozrywkę.
      Przykro mi to stwierdzić, ale film jest mocno przereklamowany, właściwie nie mam pojęcia, dlaczego wiele osób się nim zachwyca. Może dlatego, że książka była świetna i czytelnicy myśleli, że ekranizacja będzie równie udana? Nie wiem, może kiedyś przeczytam „Papierowe miasta” i będę mogła sama ocenić różnicę, jeśli jednak chodzi o sam film, to szczerze mówiąc, nie polecam. Znaczy... Niektórym może się spodobać, nie mówię, że nie, ale to zupełnie nie moje klimaty. Wolałabym coś dojrzalszego i głębszego (tego się zresztą niestety spodziewałam), a otrzymałam przewidywalną historyjkę o bandzie licealistów, których stać na spontaniczną podróż na drugi koniec kraju. Ale dobra, po kolei.
      Głównym bohaterem jest Quentin (Nat Wolff), który jako dzieciak poznał Margo (Cara Delevingne). Mieszkali naprzeciwko siebie w porządnych domach w porządnej dzielnicy i na początku się przyjaźnili. Weszli jednak w okres dojrzewania i tak jakoś wyszło, że się od siebie oddalili i nawet się do siebie nie odzywali, choć mieszkali tak blisko siebie i chodzili do tej samej szkoły. Okej... Cóż, nikogo nie zdziwi, że oczywiście Q był zakochany w Margo od pierwszego wejrzenia i bolało go to, że ich światy się oddaliły. Którejś jednak nocy Margo wkrada się do pokoju Q i zabiera go na całonocną wyprawę pod tytułem „Zemsta”. Tak, mści się na paru osobach, bo a to ją chłopak zdradził, a to przyjaciółka, takie tam. Q szczęśliwy, ach, może kontakt się odnowi, ale gdzie tam, Margo znika. Zostawia jednak pewne wskazówki, gdzie jej szukać i w ten sposób nadaje Quentinowi nowy sens życia. Wraz z pomocą przyjaciół Q odkrywa, gdzie prawdopodobnie przebywa Margo i rusza po nią.
      I co? I nic. W tym filmie nic mnie prawdziwie nie zainteresowało, nie wczułam się w żadną postać ani nawet żadnej szczególnie nie polubiłam. Margo stała się swego rodzaju legendą, a była... nie wiem, nudna. Film może i porusza kilka życiowych problemów: zmianę, wchodzenie w dorosłość, nijakość „papierowych ludzi”... Ale to nie to, co lubię, niestety.
      Jak się okazało, nie tylko ja mam takie odczucia. Przejrzałam kilka komentarzy na temat tego filmu i wychodzi na to, że nie ja jedna się zawiodłam. A jak jest z Wami? Oglądaliście, czytaliście?



niedziela, 1 listopada 2015

Październikowe nabytki

      W połowie października odbiło mi i w ciągu jednego dnia zakupiłam cztery książki - oczywiście wszystkie w promocji, co jednak nie zmienia faktu, że poszło na nie przeszło pięćdziesiąt złotych (a przypominam, że jestem standardowym biednym studentem). Oto one:
- „Pochłaniacz” Katarzyny Bondy - tak jak i „Okularnik”, zdobyty w Biedronce za 24,99 zł; poszczęściło mi się, bo dopiero co miesiąc temu martwiłam się, że mam drugą część „Czterech żywiołów Saszy Załuskiej”, a pierwszej nie, a tu Biedronka znów pokazała, że można na nią liczyć;


- „Miłość peonii” Lisy See - kosztowała mnie tylko 9,99 zł - promocja w księgarni Świat Książki;
- „Nikt nie widział, nikt nie słyszał...” Małgorzaty Wardy - jw.;
- „Pora na życie” Cecylii Ahearn - również jw.



      „Krew na śniegu” Jo Nesbø, którą wygrałam na Lubimy Czytać, nadal nie dotarła. Udało mi się za to namówić mamę na „O krok” Henninga Mankella. Zamówiona na Allegro za niecałe 10 złotych, używana, ale w dobrym stanie.



      Ponadto, jako że chcę się zająć Natsuo Kirino w mojej pracy licencjackiej, obok „Ostatecznego wyjścia” na mojej półce pojawiły się „Prawdziwy świat” (kosztował mnie niecałe 10 zł + przesyłka) i „Wyspa Tokio” (około 14 zł + przesyłka). Niestety, nie zdobyłam „Groteski”. :(



      W październiku jakimś cudem udało mi się przeczytać 5 książek (możecie przeczytać o „Bóg zawsze znajdzie Ci pracę” i „Wyspie Tokio”) - najkrótsza miała 300 stron z kawałkiem - oraz cztery nowelki/opowiadania Edgara Allana Poe (miały do kilkunastu stron, idealne dla studenta zmagającego się z brakiem czasu). Dodatkowo jeszcze dwa tomiki mangi - tu podziękowania dla Suzu za ich pożyczenie. :)
      Dziękuję za wszelkie odwiedziny i ślady obecności. Pozdrawiam serdecznie!