wtorek, 20 października 2015

Witamy na „Wyspie Tokio” (Natsuo Kirino)!


      Nie byłabym sobą, gdybym nie wypożyczyła tej książki zaraz po odkryciu, że jest dostępna w mojej osiedlowej bibliotece. Przeczytałam w kilka dni, ale spokojnie można połknąć w jeden weekend, ja po prostu czytałam w dni powszednie, dlatego trochę zeszło. Choć i tak ostatnie sto kilkadziesiąt stron przeczytałam w autobusach i pociągu w drodze ze studiów do domu.
      To już moje trzecie spotkanie z Natsuo Kirino. Mogliście przeczytać tu już o „Ostatecznym wyjściu”, niegdyś w moje łapki wpadł „Prawdziwy świat” (niestety, mało co z niego pamiętam, muszę koniecznie odświeżyć sobie tę pozycję!), teraz mamy „Wyspę Tokio”. Muszę jeszcze zdobyć „Groteskę”.
      To co tutaj mamy? Jak się można domyślić, bezludną wyspę. Ale może od początku. Jedną z głównych bohaterek powieści jest Kiyoko, która za namową męża, Takashiego, wybrała się z nim w rejs dookoła świata. Nikogo pewnie nie zdziwi, że nic z tego nie wyszło, bo nie minęło wiele dni, a zaskoczył ich tajfun, w wyniku którego jako rozbitkowie wylądowali na bezludnej wyspie. Jakiś czas później dołączyło do nich stadko młodych mężczyzn - również rozbitków, tyle że uciekających od niewdzięcznej pracy, na koniec zaś trafiają tam jeszcze Chińczycy (tych z kolei ktoś tam po prostu wyrzuca). Zebrała się więc gromadka kilkudziesięciu mężczyzn w różnym wieku (najstarszy był Takashi) oraz jedna kobieta. Japończycy nazwali wyspę Tokio, nawet utworzyli sobie „dzielnice” (np. Shibuyę), Chińczycy „swoje terytorium” mianowali zaś Hongkongiem. Przez jakiś czas było względnie w porządku, ale naturalnie w końcu Kiyoko stała się obiektem pożądania nie tylko męża i spokój został zakłócony. Wkrótce też Takashi umarł. Od tamtej pory co dwa lata Kiyoko „losowała” nowego męża.
      Na podstawie powyższego opisu można wywnioskować, że książka ta to coś w stylu haremówki pod tytułem „Ja też chcę Kiyoko”. Nic z tych rzeczy. Oczywiście wątek ten przewija się bardzo często, jest swego rodzaju osią, niemniej na uwagę zasługują raczej kreacje poszczególnych postaci, o których dowiadujemy się coraz więcej i więcej - no, przynajmniej o niektórych, często najbardziej, zdaje się, niepozornych. Mamy więc gościa z amnezją, wyrzutka, świra... W książce natkniemy się na wiele retrospekcji, co bardzo mnie cieszy, bo je uwielbiam. Akcja rozpoczyna się już po ładnych kilku latach spędzonych przez Kiyoko na wyspie Tokio, takiego więc Takashiego poznajemy głównie dzięki jego dziennikowi oraz wspomnieniom co poniektórych rozbitków.
      Przez pierwszą połowę książki czegoś mi brakowało, nie czułam emocji zbliżonych do tych z „Ostatecznego wyjścia”. Potem zaczęło mi się coraz bardziej podobać, niemniej nie oceniłabym tej pozycji tak wysoko jak tych, z którymi miałam do czynienia wcześniej. Czegoś mi tu brakowało. Co nie oznacza, że „Wyspa Tokio” nie jest warta polecenia. Ludzie o słabszych nerwach też mogą poczytać, tutaj nikt nie ćwiartuje zwłok. ;)

14 komentarzy:

  1. Chciałabym przeczytać Groteskę :C

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również! I w sumie będę musiała, skoro chcę pisać pracę licencjacką o Natsuo Kirino. :D

      Usuń
  2. Chciałabym to przeczytać. Ostatnio polubiłam bardziej orientalną literaturę. :)
    pozdrawiam :*
    Latające książki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto, choć "Prawdziwy świat" i "Ostateczne wyjście" bardziej mi się podobały. :)

      Usuń
  3. Najpierw wolę sięgnąć po "Groteskę", jednak myślę, że i na "Wyspę Tokio" przyjdzie czas, zwłaszcza, że na nowo zaciekawiłaś mnie tą książką (wcześniej zniechęciłam się kilkoma dość średnimi ocenami). Też planuję odświeżyć sobie kiedyś "Prawdziwy świat". ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Wyspa Tokio" jest chyba najsłabsza z tych czterech wydanych w Polsce książek, choć pewna nie jestem, jako iż "Groteskę" mam jeszcze przed sobą. :)

      Usuń
  4. Skoro nie jesteś w stu procentach pewna co do fabuły (piszesz, że czegoś Ci brakowało), to chyba zrezygnuję z tego tytułu. Być może byłoby ciekawie, no ale jest tyle fajnych powieści do przeczytania, że niestety trzeba nieustannie dokonywać przemyślanej selekcji.

    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Brzmi ciekawie, gdybym ogarniała rzeczywistość i miała kiedy czytać książki to na pewno bym po ten tytuł sięgnęła!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najgorszy jest ten brak czasu. :/

      Usuń
  6. Akurat "Groteska" jest u mnie w bibliotece. Czytalam chyba do połowy, w gimnazjum bodajże. A teraz...brak czasu.:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możesz czytać w drodze na uczelnię lub do pracy. :P

      Usuń
  7. Na wakacjach mama sprezentowała mi kilka książek tej autorki i o ile pamiętam (nie mam ich teraz przy sobie) to "Wyspę Tokio" mam na półce. :D Na pewno kiedyś przeczytam, ale jak na razie to muszę wiedzieć na czym mam stać na najbliższy miesiąc, dlatego na razie książkom muszę powiedzieć Stop... :'(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już też mam. <3 Tylko "Groteski" mi brakuje, nigdzie nie mogę jej znaleźć. :(
      To przykre, nie znoszę, gdy trzeba zaprzestać czytania. W ostatnich latach niestety często miałam podobną sytuację. T^T

      Usuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi miło, jeśli zostawisz po sobie komentarz. Jeśli tylko czas mi na to pozwoli, z chęcią się odwdzięczę.