wtorek, 27 października 2015

Póki co tylko obejrzane - „Gwiazd naszych wina”


      Nie dało się chyba o tym nie słyszeć. Nakręcony na podstawie książki Johna Greena film „Gwiazd naszych wina” trafił do polskich kin w czerwcu 2014 roku, ale ja obejrzałam go dopiero niedawno. Wiedziałam w ogólnym zarysie, na czym polega i jak się kończy, wiedziałam, że będę płakać, ale to mnie nie powstrzymało.
      Niestety, nie czytałam jeszcze książki (zdecydowanie jednak nie omieszkam tego zrobić), więc nie mogę porównać z nią jej adaptacji, niemniej film bardzo mi się podobał. Opowiada o chorej na raka nastolatce, Hazel, którą gra znana z „Niezgodnej” Shailene Woodley. Wyrok śmierci już zapadł, ale dzięki eksperymentalnym lekom dziewczyna ma jeszcze trochę czasu. Za namową rodziców Hazel chodzi na coś w rodzaju grupy wsparcia dla osób w podobnej sytuacji. Wiecie, siadają w kółku i rozmawiają o swoich problemach. Któregoś dnia poznaje tam osiemnastoletniego Augustusa (tego z kolei gra Ansel Elgort, który w „Niezgodnej” jest bratem Tris - dziwnie było mi się przestawić) - oboje od razu się sobą interesują. Mamy więc naturalnie wątek miłosny oraz tragiczny, bo jedno i drugie musi zmagać się ze śmiertelną chorobą. Co tu dużo mówić, momentami jest dość wesoło (o dziwo), momentami romantycznie, a zazwyczaj smutno. Nie płakałam aż tyle jak myślałam, ale nie zmienia to faktu, że co najmniej kilkanaście chusteczek poszło się ciąć.
      Fabuła nie jest może jakoś szczególnie oryginalna, ale przecież nie o to tu chodzi. Sęk w tym, że podobne rzeczy dzieją się naprawdę - to jest właśnie najstraszniejsze. Iluż to ludzi choruje na nowotwory bądź inne paskudztwa? Ilu na to umiera, i to nie zawsze przecież w sędziwym wieku? To przerażające. Jeszcze gorsze jest to, jak muszą czuć się bliscy chorych. Do licha, nie wyobrażam sobie patrzeć, jak moje dziecko umiera. Poniekąd znam temat z autopsji - obie moje babcie się z tym zmagały i obie w końcu walkę przegrały, a ja mocno to przeżywałam, tym bardziej, że z nimi mieszkałam, więc widziałam, jak gasną w oczach - dlatego w niektórych momentach seansu serce niemalże mnie kłuło.
      Cóż, film zdecydowanie warty polecenia, ale naturalnie warto zaopatrzyć się w pudełko chusteczek.



wtorek, 20 października 2015

Witamy na „Wyspie Tokio” (Natsuo Kirino)!


      Nie byłabym sobą, gdybym nie wypożyczyła tej książki zaraz po odkryciu, że jest dostępna w mojej osiedlowej bibliotece. Przeczytałam w kilka dni, ale spokojnie można połknąć w jeden weekend, ja po prostu czytałam w dni powszednie, dlatego trochę zeszło. Choć i tak ostatnie sto kilkadziesiąt stron przeczytałam w autobusach i pociągu w drodze ze studiów do domu.
      To już moje trzecie spotkanie z Natsuo Kirino. Mogliście przeczytać tu już o „Ostatecznym wyjściu”, niegdyś w moje łapki wpadł „Prawdziwy świat” (niestety, mało co z niego pamiętam, muszę koniecznie odświeżyć sobie tę pozycję!), teraz mamy „Wyspę Tokio”. Muszę jeszcze zdobyć „Groteskę”.
      To co tutaj mamy? Jak się można domyślić, bezludną wyspę. Ale może od początku. Jedną z głównych bohaterek powieści jest Kiyoko, która za namową męża, Takashiego, wybrała się z nim w rejs dookoła świata. Nikogo pewnie nie zdziwi, że nic z tego nie wyszło, bo nie minęło wiele dni, a zaskoczył ich tajfun, w wyniku którego jako rozbitkowie wylądowali na bezludnej wyspie. Jakiś czas później dołączyło do nich stadko młodych mężczyzn - również rozbitków, tyle że uciekających od niewdzięcznej pracy, na koniec zaś trafiają tam jeszcze Chińczycy (tych z kolei ktoś tam po prostu wyrzuca). Zebrała się więc gromadka kilkudziesięciu mężczyzn w różnym wieku (najstarszy był Takashi) oraz jedna kobieta. Japończycy nazwali wyspę Tokio, nawet utworzyli sobie „dzielnice” (np. Shibuyę), Chińczycy „swoje terytorium” mianowali zaś Hongkongiem. Przez jakiś czas było względnie w porządku, ale naturalnie w końcu Kiyoko stała się obiektem pożądania nie tylko męża i spokój został zakłócony. Wkrótce też Takashi umarł. Od tamtej pory co dwa lata Kiyoko „losowała” nowego męża.
      Na podstawie powyższego opisu można wywnioskować, że książka ta to coś w stylu haremówki pod tytułem „Ja też chcę Kiyoko”. Nic z tych rzeczy. Oczywiście wątek ten przewija się bardzo często, jest swego rodzaju osią, niemniej na uwagę zasługują raczej kreacje poszczególnych postaci, o których dowiadujemy się coraz więcej i więcej - no, przynajmniej o niektórych, często najbardziej, zdaje się, niepozornych. Mamy więc gościa z amnezją, wyrzutka, świra... W książce natkniemy się na wiele retrospekcji, co bardzo mnie cieszy, bo je uwielbiam. Akcja rozpoczyna się już po ładnych kilku latach spędzonych przez Kiyoko na wyspie Tokio, takiego więc Takashiego poznajemy głównie dzięki jego dziennikowi oraz wspomnieniom co poniektórych rozbitków.
      Przez pierwszą połowę książki czegoś mi brakowało, nie czułam emocji zbliżonych do tych z „Ostatecznego wyjścia”. Potem zaczęło mi się coraz bardziej podobać, niemniej nie oceniłabym tej pozycji tak wysoko jak tych, z którymi miałam do czynienia wcześniej. Czegoś mi tu brakowało. Co nie oznacza, że „Wyspa Tokio” nie jest warta polecenia. Ludzie o słabszych nerwach też mogą poczytać, tutaj nikt nie ćwiartuje zwłok. ;)

środa, 14 października 2015

Regina Brett - „Bóg zawsze znajdzie ci pracę”


      To już moje trzecie spotkanie z Reginą Brett. Poprzednie jej książki - „Bóg nigdy nie mruga” i „Jesteś cudem” - dostałam od przyjaciółki i bardzo mi się podobały. Dlatego też kupiłam jej na imieniny „Bóg zawsze znajdzie ci pracę” - jesteśmy w takim wieku, że tematy takie jak praca, studia, trudne wybory i inne takie to chleb codzienny. Jeśli o mnie chodzi, bardziej przypadły mi do gustu raczej te pierwsze zbiory felietonów, przyjaciółce zaś - ten ostatni. Dobrze się więc złożyło, że każda jest posiadaczką tego, co spodobało jej się najbardziej.
      Książka zawiera „50 lekcji jak szukać spełnienia” i jest to podtytuł jak najbardziej zgodny z prawdą. Każdy rozdział jest kolejną lekcją opartą na historiach z życia autorki lub jej znajomych... albo nawet znajomych znajomych. Z każdej możemy nauczyć się czegoś wartościowego, nieraz można uzmysłowić sobie coś ważnego, coś, co niby się wie, ale nie zwraca się na to uwagi albo też coś, czego istnienia nie podejrzewaliśmy.
      To nie tylko książka dla szukających pracy. Każdy człowiek powyżej, powiedzmy, szesnastego roku życia znajdzie w niej coś dla siebie. Czy to student, czy emeryt, czy ktoś z dobrą pracą, czy ze złą, czy bezrobotny, czy rencista, czy spełniony zawodowo, czy nie.
      Zdecydowanie polecam. Ci, którzy nie wierzą w Boga, nie muszą odrzucać tej książki - nie chodzi w niej tylko i wyłącznie o sprawy związane z wiarą - wręcz przeciwnie, większość sytuacji to historie z życia wzięte i niekoniecznie łączą się w jakiś sposób z Bogiem. Niemniej wierzącym polecam po stokroć.

„Nie możesz słuchać krytyków. Świat jest ich pełen. Wydaje mi się, że są nimi ci sami ludzie, którzy zdradzili swoje marzenia i cierpią za każdym razem, kiedy ktoś inny pozostaje wierny własnym. Nieważne, czego pragniesz - na świecie jest na to miejsce. Ktoś potrzebuje tego, co masz do zaoferowania. Na świecie jest miejsce na twój głos. Ktoś czeka właśnie na niego. (...) Żeby sięgnąć po to, czego chcesz od życia, musisz uciszyć swoich krytyków, zaczynając od tego największego - samego siebie.”

piątek, 9 października 2015

C.J. Roberts - „Dotyk ciemności”


      Przeczytawszy opis i recenzję tej książki, podchodziłam do niej ze strachem. Bardzo rzadko sięgam po tego typu powieści (erotyka to nie moja bajka, ale trzeba próbować różnych rzeczy, prawda?). Bałam się nie wiadomo jakiego sadyzmu i tak dalej, tymczasem... chyba podkochuję się w jednym z głównych bohaterów (mimo że jest blondynem, a ciągnie mnie raczej do brunetów), a całość, choć miejscami brutalna i doprawdy przykra, wydała mi się... dość romantyczna. Na swój zwariowany sposób. Nie wiem, może dlatego, że jestem nienormalna.
      Zacznijmy jednak od początku. Najpierw poznajemy Caleba (oto ta moja pseudomiłość), który został w przeszłości nieźle skrzywdzony, bo jedyne, o czym marzy, to zemsta na Rosjaninie, którego nazwiska już nie pamiętam. Caleb jest przystojny, zdolny, beznamiętny i jest „treserem niewolnic seksualnych” (nienawidzę takich określeń, nienawidzę wszystkiego, co poniża kobiety). Mówię sobie: no dobra, łatwo nie będzie, ale okej, dam mu szansę, może gościu się zrehabilituje, bo zazwyczaj tak to w powieściach bywa.
      Dalej mamy Livvie, osiemnastoletnią Amerykankę - również z problemami, tu natury rodzinnej. Któregoś dnia zostaje porwana przez Caleba w wiadomym celu, którego końcem ma być zemsta na wyżej wymienionym Rosjaninie. Obawiałam się w tej sferze rozdzierających serce scen sadystycznych, ale jakoś nie mogłam wykrzesać z siebie szczególnie wielkiego współczucia, bo... rety, Caleb potrafi być taki słodki i kochany... To nie tyran bez uczuć, jak się okazuje (choć może chciałby nim być). No i nazywa Livvie Kotkiem (a na początku Zwierzaczkiem - oczywiście nie chodzi tu o coś w stylu naszego „kotku, kochanie”), a sam ten wyraz przywodzi na myśl wszystko, co słodkie i urocze. Nie mówię, że było lekko ani nic. Nie jestem też fanką jakichś pokręconych sado-maso i innych takich. I nie porównam tej książki z tymi całymi słynnymi Grey’ami itp., bo zwyczajnie tego nie czytałam ani nie oglądałam i bynajmniej nie zamierzam tego zmieniać. Właściwie ciężko mi określić moje uczucia co do tej powieści. Coś w sobie ma, nie jest może rewelacyjna, większość wydarzeń (jeśli nie wszystkie) da się przewidzieć, ale ma jakiś specyficzny smaczek (Caleba?). Przeczytałam ją w ciągu niecałego dnia, więc nawet jak cierpimy na brak czasu, „Dotyk ciemności” można sobie połknąć raz-dwa. To ma być trylogia, a „Zapach ciemności”, czyli II część, ma się ukazać niebawem (ale na e-booka pewnie jeszcze sobie poczekam... znając życie, tak długo, że zupełnie zapomnę o tej książce i o Calebie).
      Podsumowując: nie polecam każdemu, bo co kto lubi. No i wara od tej książki osobom poniżej osiemnastego roku życia (płonne nadzieje)! 

piątek, 2 października 2015

Wrześniowe nabytki

      Oprócz książek, o których wspomniałam w pierwszym poście, moja biblioteczka powiększyła się we wrześniu o następujące pozycje:
- „Okularnik” Katarzyny Bondy - zdobyty w Biedronce w dobrej cenie; muszę jeszcze zaopatrzyć się w pierwszą część, czyli „Pochłaniacza”;



- „Pentagram” i „Pierwszy śnieg” Jo Nesbø - tu ukłon w stronę księgarni Matras - zdobyłam te książki w promocyjnej cenie, czyli po 14.99 za sztukę (taka tam pamiątka z Krakowa);



- „Zmienni” Agaty Kijory i „Przytul się do mnie” Sandi Lynn - wygrane na Nałogowym Książkoholiku (jeszcze raz dziękuję autorce za zorganizowanie tego konkursu).



      Tego samego dnia, w którym pisałam poprawę egzaminu, wygrałam na Lubimy Czytać „Krew na śniegu” Jo Nesbø, ale książka ta nadal do mnie nie dotarła. :( Mam nadzieję, że to się zmieni, bo co jeśli przepadła gdzieś w pocztowych odmętach? O ile pamiętam, na „Statek śmierci” Yrsy Sigurdardóttir wygrany jakieś dwa lata temu nie musiałam czekać tak długo, ale może się mylę.
      Wyprawa do Krakowa i tamtejszej Komiksiarni zaowocowała kupnem trzeciego i czwartego tomu „Ścieżek młodości” Io Sakisaka - tym samym wraz z siostrą skompletowałyśmy tę serię.



      We wrześniu przeczytałam bodajże sześć książek różnej długości oraz pięć mang. Nie jest to zbyt zadowalający wynik, ale co zrobić, skoro pierwszą połowę miesiąca zmarnowałam na naukę do poprawki. Wyjazdy również średnio sprzyjały czytaniu, jako że podróżowałam raczej nocą, kiedy to jestem nie do życia i bardzo ciężko mi się wówczas czyta.
      Październik rozpoczęłam książką Reginy Brett pt. „Bóg zawsze znajdzie ci pracę” (parę słów na jej temat już niebawem), teraz zaś zabieram się za wyłowioną w bibliotece „Wyspę Tokio” Natsuo Kirino.
      Dziękuję za wszelkie odwiedziny i ślady obecności. Pozdrawiam!