środa, 30 grudnia 2015

„Spotkanie ze wstydem” Anny Dodziuk - bo wstydzi się każdy!


      Miałam ostatnio okazję przeczytać krótką książeczkę psychoterapeutki Anny Dodziuk pt. „Spotkanie ze wstydem”. Wstyd, nieśmiałość, skłonności do zaniżonej samooceny to jedne z moich największych problemów (i pewnie również wielu z Was, choć nie każdy się do tego przyznaje - ba, nie każdy zdaje sobie z tego sprawę), więc z chęcią poświęciłam chwilkę na zapoznanie się z tą pozycją.

„Czym właściwie jest wstyd? To uczucie każdy zna bardzo dobrze, chociaż każdemu wstyd doskwiera trochę inaczej. Jedno jest jasne: wszystkim nam wstyd bardzo przeszkadza w życiu. Pamiętasz, ile razy nie powiedziałeś czegoś ciekawego albo mądrego, bo wstydziłeś się zabrać głos? Ile razy z tego powodu nie podeszłaś do kogoś, z kim bardzo chciałaś zapoznać się czy porozmawiać? Pewnie też nieraz miałaś potrzebę podzielenia się czymś, co cię spotkało? Albo zamierzałeś zrobić wobec kogoś bliskiego ciepły gest, przytulić czy powiedzieć coś miłego, ale czułeś się zażenowany i zrezygnowałeś? A więc wstyd motywuje do wycofywania się i ukrywania, odbiera energię, powstrzymuje, niekiedy wręcz paraliżuje. A może zdarzyło się, że na kogoś, kogo się wstydziłeś, zaczynałeś się boczyć, warczeć, wynajdywać pretensje, kłócić się, czyli bronić się przed wstydem za pomocą złości?” (str. 5)

      Tymi oto słowami książeczka się zaczyna i to chyba wystarczy, by każdy pomyślał coś w stylu „Oj, faktycznie”. Bądźmy szczerzy, kto się nie wstydzi? Nikt, prawda? Nawet ci, którzy udają całkowicie pewnych siebie czegoś się wstydzą - często oni nawet bardziej od innych. Podobno bowiem zazwyczaj wybieramy jedną z dwóch „najłatwiejszych” opcji radzenia sobie z zażenowaniem wszelkiego rodzaju: jedna to pasywna, która skupia się na unikaniu krępujących sytuacji (takie osoby to „szare myszki” próbujące być niewidzialne - zdecydowanie do nich należę), druga zaś to aktywna, która stawia na niedopuszczanie wstydu do głosu - i tu właśnie mamy tych wszystkich „pewniaków”, którzy swoją postawą często chcą po prostu zagłuszyć swój wstyd.

„Stosujemy różne sposoby obrony, z których tylko jeden jest rzeczywiście skutecznym lekarstwem na wstyd - wyjście mu naprzeciw z podniesioną przyłbicą i dokonanie zmian albo w sobie, albo w sytuacji, która wywołuje wstyd. Jednak ten sposób wymaga odwagi i pewności siebie oraz choćby niewielkiego oparcia w sobie lub w otoczeniu, podczas gdy ludzie wypełnieni wstydem nie są w stanie podjąć takiej konfrontacji. Jesteśmy skazani na inne sposoby: prostsze, mniej bolesne, dające szybsze efekty. Niestety, pomagają one na krótko, w dodatku łączą się z kosztami. I mogą to być duże koszty, zwłaszcza na dłuższą metę.” (str. 18)

      Wymienionymi „prostszymi sposobami” są tutaj: zaprzeczenie, wycofanie, złość, perfekcjonizm, wywyższanie siebie, a poniżanie innych, nałogowe zachowania. Z opisu wynika, że ja „radzę sobie” poprzez zaprzeczenie (w skrócie: udawanie, że wstydu nie ma) i wycofanie (unikanie ludzi, miejsc czy sytuacji związanych ze wstydem lub uciekanie od tego). Trochę przerażające, jak się głębiej zastanowić, tym bardziej, że faktycznie ponosi się przez to koszty. W moim przypadku jest to głównie tracenie okazji na poznanie kogoś interesującego czy wycofanie się z uczuciami - nie tylko wstydu, ale i innymi.
      W „Spotkaniu ze wstydem” dowiadujemy się, co to właściwie jest za uczucie i „z czym to się je”. Dostajemy propozycje, jak najlepiej sobie ze wstydem poradzić i trzeba przyznać, że to wszystko ma sens. Będę próbowała coś zrobić z własnym zażenowaniem, choć nie sądzę, bym miała kiedyś przestać być „szarą myszką”, jako że zwyczajnie nie lubię być w centrum uwagi. ;)
      Polecam. Pewnie, to nie powieść, a te czyta się najchętniej, ale wydaje mi się, że od czasu do czasu warto sięgnąć po pozycję, która może nam w jakiś sposób pomóc. Też tak myślicie?

      A tak z innej beczki: jutro Sylwester, więc życzę Wam wystrzałowej zabawy lub spokojnego wieczoru (do wyboru, bo co kto lubi) oraz dużo szczęścia, radości i czasu na czytanie książek w Nowym Roku. :)

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Przyjaciele Karpia, łączmy się!

„Krok po kroku, krok po kroczku,
Najpiękniejsze w całym roczku,
Idą święta, idą święta.”

      Święta już tuż, tuż, więc dziś krótko o piosenkach. Jakich? O „Przyjaciołach karpia” radiowej Trójki! Znacie? Jeśli chodzi o moją najbliższą rodzinę i mnie, słuchamy Karpia od samego początku, czyli od 2000 roku. To od wtedy redaktorzy Trójki nagrywają wspólnie przedświąteczne piosenki z karpiami w rolach głównych. Brzmi ciekawie? A jak! Szczerze mówiąc, moja rodzinka od kilkunastu lat nie wyobraża już sobie przygotowań świątecznych bez Karpia. Słuchanie tych cudnych pioseneczek jest naszą tradycją. Co roku czekamy na najnowszą wersję Karpia, ale i nałogowo słuchamy wszystkich poprzednich. Ci, którzy nie słyszeli o Karpiu, muszą to prędko zmienić – uśmiech i świąteczny nastrój gwarantowane! (Uwaga! Po wysłuchaniu możecie już nie być w stanie przełknąć karpia, bo stanie się Waszym przyjacielem. :D)
      Wszystkie teksty, a także autorów słów i muzyki oraz wykonawców znajdziecie tutajA oto większość piosenek (reszty nie znalazłam na YouTubie):

"Polikarp" z 2005 roku to nadal jeden z naszych number one'ów!

"Karp Siódmy Wspaniały"

Kukuryku! "Karp 07", jeden z naszych ulubionych! <3

"Karp 08"

"Bajka o karpiu w trójkowym eterze" z 2009 roku.

"Karp 2010"

"Karp 2011"

"Karp 2012"

"Karp story" z 2013 roku - uwielbiam! :D

Zeszłoroczna "Duża ryba".

Tegoroczne "Karpate szczęście".

      Kochani, życzę Wam wesołych Świąt, bogatego Gwiazdora, cudownie magicznej atmosfery, miłych spotkań w gronie najbliższych! :*

niedziela, 13 grudnia 2015

Wiecznie niedoceniona - „Onnazaka. Droga kobiety” Fumiko Enchi


      Fumiko Enchi, choć w Polsce niemal zupełnie nieznana, jest jedną z najwybitniejszych japońskich pisarek. Zdobyła niejedną nagrodę literacką, w tym prestiżową nagrodę Nomy za powieść, o której krótko Wam dziś opowiem.
      Główną bohaterką książki jest Tomo, która w wieku piętnastu lat wyszła za dobrze zapowiadającego się Yukitomo Shirakawę. Zdecydowanie nie była jednak szczęśliwa w tym małżeństwie - mąż, wychowany w duchu konfucjańskich zasad, był święcie przekonany o wyższości mężczyzn nad kobietami. Tomo pokornie znosiła jego humory, zdrady i tak dalej, poświęcając się rodzinie będącej jej najwyższą wartością.
      Tomo poznajemy, gdy wybiera się do Tokio w celu... znalezienia dla męża młodej, pięknej, niewinnej kochanki. Choć to ją boli, chce jak najlepiej wykonać powierzone jej zadanie i w końcu znajduje dziewczynkę idealną - piętnastoletnią Sugę.
      To wszystko to dopiero początek. W powieści poznajemy wiele różnorodnych postaci i zaznajamiamy się z niejednym wątkiem. W tle zaś mamy wczesny okres Meiji, czyli czas modernizacji Japonii (jak niektórzy może wiedzą, przez dość długi czas Japonia izolowała się od reszty świata, ale w 1868 roku wreszcie się otworzyła i zaczęła się bardzo szybko zmieniać i rozwijać). Styl Enchi jest świetny, czytelnik styka się z rozwiązaniami, które pisarka podpatrzyła w uwielbianych przez siebie klasycznych działach, takich jak „Opowieść o księciu Genji” damy Shikibu Murasaki czy w „Żywocie kobiety swawolnej” Saikaku Ihary. Enchi zdecydowanie udało się wywołać we mnie współczucie dla... nie wiem, może co drugiej postaci w powieści. Naprawdę. Czasami było mi tak smutno... Ogółem jestem wyczulona na wszelkie objawy niesprawiedliwości na świecie, a już szczególnie, gdy mają one związek z „poniżaniem” kobiet. Nie żebym była feministką czy coś, ale to mnie naprawdę boli. Kiedy więc czytałam choćby o tej konieczności szukania przez Tomo kochanki dla własnego męża, serce mnie bolało i miałam ochotę własnoręcznie udusić Yukitomo (jednocześnie nawet jego było mi czasami żal - zwariować można!).
      Polecam gorąco. Z lektury można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy związanych z Japonią okresu Meiji, z tym, jak traktowane były wówczas kobiety... Powieść przejmująca i zdecydowanie warta uwagi. Nie jest długa, ma jedynie jakieś 180 stron, więc nawet przy braku czasu można się za nią bezpiecznie zabrać.

sobota, 5 grudnia 2015

Aristocracy Family Book TAG

      Jakiś czas temu zostałam nominowana przez patricia w do tytułowego tagu. Temat książkowy i całkiem ciekawy, więc czemu by się nie pobawić?

1. Doradca - osoba, która zawsze służy dobrą radą i jest wspaniałym powiernikiem.
Tyrion Lannister z „Pieśni Lodu i Ognia” George’a R. R. Martina! Zastanawiałam się nad takimi postaciami jak Dumbledore, Gandalf czy nawet Pan Kleks, ale jednak to Tyrion byłby najlepszym doradcą i powiernikiem. Jest bystry, inteligentny, oczytany, zabawny - czego chcieć więcej na takim stanowisku?

Najlepszy!

2. Rycerz - postać niezwykle honorowa, która zawsze staje w obronie bliskich i potrzebujących, jest w stanie dużo dla nich poświęcić.
Trochę wyjdę poza ramy i mianuję troje rycerzy - Wioletkę, Klausa i Słoneczko Baudelaire z „Serii Niefortunnych Zdarzeń” Lemony’ego Snicketa (jak tak o nich pomyślałam, to aż mi się łezka w oku zakręciła - jakże ja uwielbiałam tę serię jako młoda nastolatka!). Tak cudnie dbali o siebie nawzajem, z wprawą wykorzystywali swoje talenty, by wyjść cało z coraz to nowszych opresji, nigdy nie zapominali o tym, że najważniejsza jest rodzina.

Film nieudany, ale ma być serial, słyszeliście?

3. Karczmarz - bohater o niepowtarzalnym stylu bycia i charyzmie.
Fermin Romero de Torres z „Cienia wiatru” Carlosa Ruiza Zafóna. Nieziemski facet, nie da się go nie lubić, jest tak cudownie specyficzny i charyzmatyczny, że nie można mu się oprzeć.

 4. Skryba - postać, która zapewne tak jak ty, wręcz uwielbia czytać książki.
Aj, aj, tu znów wyznaczyłabym kilkoro postaci, ale ostatecznie padło na Daniela Sempere z „Cienia wiatru” Carlosa Ruiza Zafóna. Oby zaprowadził mnie na Cmentarz Zapomnianych Książek! *.*

5. Szpieg  - osoba, której „dobrych intencji” od początku nie byłeś pewien i okazała się być zdrajcą bądź po prostu negatywną postacią.
SPOILER!
Hm, no niech będzie Murtagh z „Dziedzictwa” Christophera Paolini, tyle że on mimo zdrady i tak pozostał jednym z moich ulubionych bohaterów, a poza tym owa zdrada była raczej usprawiedliwiona i w końcu się zrehabilitował...

Filmu nie znoszę, ale książki... <3

6. Ostatni w kolejce do tronu - czyli bohater literacki, którego darzysz wielką sympatią, mimo iż nie odgrywa ważnej roli w książce.
SPOILER!
Will z „Niezgodnej” Veronicy Roth. Nie wiem do końca czemu, ale przypadł mi do gustu, od razu go polubiłam... Jak można było go zabić już w pierwszej części trylogii?!

Nie należę do fanek "Niezgodnej" - czy mowa o książkach, 
czy o filmach, ale teksty niektórzy mieli dobre. xD

7. Władca - postać, która już na zawsze będzie dla Ciebie kimś naprawdę ważnym.
Dobra, może średnio ją widzą jako władczynię, ale nie o to tu przecież chodzi. Wybieram Anię Shirley (chyba nie muszę jej nikomu przedstawiać?), bo wciąż wspominam ją z ciepłym uczuciem w sercu i nieraz miałam ochotę powtórzyć sobie całą serię o niej i jej dzieciach, którą czytałam w podstawówce.

Najsłodsza!

Gdybym miała wybrać „bardziej władczego władcę” (no dobra, znowu władczynię), to pewnie zostałaby nią Katniss Everdeen z „Igrzysk Śmierci” Suzanne Collins. Ta postać jest dla mnie ważna głównie z tego powodu, że w wielu aspektach jest do mnie podobna, więc łatwo mi było się w nią wczuć.

Klasa sama w sobie.

      W większości punktów mogłabym podać kilka postaci, ale niech zostanie tak, jak jest. Jeśli ktoś jest chętny, może czuć się przeze mnie nominowany, a co.
      Pozdrawiam!

poniedziałek, 30 listopada 2015

Listopadowe nabytki

      W listopadzie do mojej biblioteczki dołączyło sześć książek, a także trzy mangi:
- „Haruki Murakami i muzyka słów” Jay Rubin - zdobyty w Biedronce, nie pamiętam, ile kosztował, ale w przedziale 10-25 złotych;
- „Porwanej i sprzedanej powrót do piekła” Sarah Forsyth - jw.; od czasu do czasu czytam tego typu rzeczy i dobijam się tym, jak traktuje się kobiety w świecie, który nazywamy nowoczesnym i cywilizowanym...;



- „Onnazaka. Droga kobiety” Fumiko Enchi - zamówiona na Allegro; jedna z książek, które czytam na przedmiot zwany historią współczesnej literatury japońskiej;
- „Na rozstaju” Higuchi Ichiyō - jw.;
- „Mężczyźni bez kobiet” Haruki Murakami - jw.;
- „Krew na śniegu” Jo Nesbø - po dwóch i pół miesiąca od wygrania tej książki na Lubimy Czytać ta wreszcie do mnie doszła;



- jedenasty tom „Ścieżek Młodości”, pierwszy „Noragami” (dla Yato jestem skłonna wydać na mangę więcej niż 20 złotych, choć w tym przypadku było taniej, bo promocja) i czwarty „Tokyo Ghoula”.


      Listopad okazał się bardziej mangowym aniżeli książkowym miesiącem, nad czym nieco ubolewam, niemniej trzeba przyznać, że mangi są dobrym rozwiązaniem, gdy nie bardzo ma się czas na czytanie ze względu na studia (bo nie da się ukryć, że w listopadzie miałam dużo więcej do roboty niż w październiku). Przeczytałam więc jedynie trzy książki, ale za to również około dwudziestu mang (część w wersji papierowej, część w internecie). Chciałabym podziękować Kagamicchiemu za pożyczenie kolejnych tomików „Death Note’a”. :)
      Dziękuję za odwiedziny i ślady obecności. Za kilka godzin grudzień, do świąt coraz bliżej! ^^
      Pozdrawiam!

sobota, 21 listopada 2015

Początek przygody z Kurtem Wallanderem - „Morderca bez twarzy” Henninga Mankella


      Zaczęło się niewinnie. Podczas jednej z licznych wycieczek do Biedronki upolowałam dobrze zapowiadający się kryminał. Jakiś czas później w tym samym miejscu kupiłam „Mordercę bez twarzy” Henninga Mankella i dopiero w domu zorientowałam się, iż ten wyżej wymieniony kryminał to szósta część serii o komisarzu Kurcie Wallanderze, a owy „Morderca bez twarzy” to jej pierwsza odsłona.
      Henning Mankell, znany i lubiany szwedzki pisarz, niedawno niestety zmarł. Zasmuciło mnie to, bo bardzo polubiłam jego książki. O jednej w skrócie dziś opowiem.
      Mamy lata 90-te XX wieku. Kurt Wallander, komisarz ystadzkiej policji, bierze udział w poszukiwaniu mordercy - lub morderców - dwojga staruszków. Ta para rolników żyła sobie spokojnie, nikomu nie wadząc, któż więc miałby pragnąć ich śmierci? Co więcej, mężczyznę brutalnie zamordowano, kobietę zaś poturbowano i pozostawiono w takim stanie, że przed śmiercią zdołała wykrztusić tylko jedno słowo, które może, ale nie musi pomóc policji w schwytaniu winnego/winnych. Wallander ma więc na głowie ważną sprawę, a jakby tego było mało, zwaliły się na niego problemy osobiste. Czy uda mu się dociec prawdy?
      W tej części czegoś mi brakowało, ale to nic. Dlaczego? Ano dlatego, że czułam się, jakby to był tylko wstęp do czegoś większego - i nie pomyliłam się! Kolejne tomy są lepsze, często ciężko się od nich oderwać. W tej części stykamy się głównie z problemem imigracji i rasizmu, w innych również poruszane są ważne kwestie różnego rodzaju.
      Znacie Kurta Wallandera i jego przygody (jak nie z książek, to może z filmów, bo jest ich sporo)? Jestem po jakichś siedmiu częściach i zdecydowanie chcę przeczytać całą resztę. Polecam serdecznie wszystkim wielbicielom kryminałów i thrillerów, nie tylko skandynawskich.

sobota, 14 listopada 2015

Młodzi piszą, czyli „Zmienni” Agaty Kijory


      Książkę wygrałam na jednym z blogowych konkursów. Nie jest gruba czy szczególnie ciężka, a więc idealna na czytanie w pociągu, autobusie czy na wykładach.
      Gdy tylko zaczęłam lekturę, poczułam się, jakbym czytała jedno z blogowych opowiadań. Uczucie to towarzyszyło mi zresztą do końca. Miałam wrażenie, że zapoznaję się z twórczością nastolatki i zaciekawiona wpisałam w Google nazwisko autorki - jak się okazało, moje odczucia nie wzięły się znikąd. Agata Kijora faktycznie jest młodą osóbką - licealistką - nic więc dziwnego, że jej styl nie jest jeszcze szczególnie dopracowany i dojrzały (co jednak nie oznacza, że jest zły, książkę naprawdę czytało się całkiem przyjemnie).
      Ale zacznijmy od początku. Narratorką powieści jest nastoletnia Lilith. Wiedzie sobie spokojne życie w niewymienionym z nazwy miasteczku. Wszystko ładnie, pięknie - do czasu, gdy ktoś włamuje się do jej domu, a niebawem porywa jej rodziców. Jakby tego było mało, atakuje ją potwór, który potem okazuje się być złym goblinem. Na szczęście ratuje ją nieziemsko przystojny chłopak, James, a Lil niedługo dowiaduje się, że tak naprawdę oboje pochodzą z innego świata (Sudicante) i nie są ludźmi, lecz zmiennokształtnymi. Tego wszystkiego dowiadujemy się już w pierwszym rozdziale, więc nie czujcie się zaspoilerowani.
      Brzmi oryginalnie? Dla mnie na pewno nie, zważywszy na to, że jako dzieciak z gimnazjum zaczęłam pisać opowiadanie, które pod wieloma względami przypomina „Zmiennych” (klik). To wszystko nie oznacza jednak, że książka Kijory jest zła. Wręcz przeciwnie, ma potencjał i wydaje mi się, że jeżeli dziewczyna będzie dalej szkoliła swój warsztat pisarski, w przyszłości może stworzyć naprawdę świetne powieści. Powodzenia, Agato! ;)
      Szczerze mówiąc, gdybym była teraz gimnazjalistką, zapewne byłabym zupełnie zachwycona „Zmiennymi”. Teraz mam niestety nieco wyższe wymagania. ;) Dlatego polecam tę książkę przede wszystkim młodzieży lubiącej fantasy. Elfy, wilkołaki, smoki, zmiennokształtni, czarodzieje, piękna magiczna kraina... Dla młodszych fanów takich klimatów to powieść zdecydowanie warta przeczytania.
      Wiecie co, podziwiam młodych ludzi, którzy nie boją się wysłać swoich wypocin do wydawnictw. No, właściwie nie tylko młodych, bo ogółem trzeba być nieźle odważnym, żeby zdobyć się na taki krok... Też tak uważacie?

niedziela, 8 listopada 2015

„Papierowe miasta”, papierowi ludzie...


      Nieco oczarowana seansem „Gwiazd naszych wina”, dwa dni później sięgnęłam po „Papierowe miasta”, jako że i one są ekranizacją powieści Johna Greena (którego nadal nie czytałam). Było o nich dość głośno, film nowy (tegoroczne lato) i całkiem znany, myślę sobie, a co tam, teksty przetłumaczone, chiński zrobiony, odprężę się i sobie obejrzę. Ech, jak się okazało, mogłam znaleźć sobie lepszą rozrywkę.
      Przykro mi to stwierdzić, ale film jest mocno przereklamowany, właściwie nie mam pojęcia, dlaczego wiele osób się nim zachwyca. Może dlatego, że książka była świetna i czytelnicy myśleli, że ekranizacja będzie równie udana? Nie wiem, może kiedyś przeczytam „Papierowe miasta” i będę mogła sama ocenić różnicę, jeśli jednak chodzi o sam film, to szczerze mówiąc, nie polecam. Znaczy... Niektórym może się spodobać, nie mówię, że nie, ale to zupełnie nie moje klimaty. Wolałabym coś dojrzalszego i głębszego (tego się zresztą niestety spodziewałam), a otrzymałam przewidywalną historyjkę o bandzie licealistów, których stać na spontaniczną podróż na drugi koniec kraju. Ale dobra, po kolei.
      Głównym bohaterem jest Quentin (Nat Wolff), który jako dzieciak poznał Margo (Cara Delevingne). Mieszkali naprzeciwko siebie w porządnych domach w porządnej dzielnicy i na początku się przyjaźnili. Weszli jednak w okres dojrzewania i tak jakoś wyszło, że się od siebie oddalili i nawet się do siebie nie odzywali, choć mieszkali tak blisko siebie i chodzili do tej samej szkoły. Okej... Cóż, nikogo nie zdziwi, że oczywiście Q był zakochany w Margo od pierwszego wejrzenia i bolało go to, że ich światy się oddaliły. Którejś jednak nocy Margo wkrada się do pokoju Q i zabiera go na całonocną wyprawę pod tytułem „Zemsta”. Tak, mści się na paru osobach, bo a to ją chłopak zdradził, a to przyjaciółka, takie tam. Q szczęśliwy, ach, może kontakt się odnowi, ale gdzie tam, Margo znika. Zostawia jednak pewne wskazówki, gdzie jej szukać i w ten sposób nadaje Quentinowi nowy sens życia. Wraz z pomocą przyjaciół Q odkrywa, gdzie prawdopodobnie przebywa Margo i rusza po nią.
      I co? I nic. W tym filmie nic mnie prawdziwie nie zainteresowało, nie wczułam się w żadną postać ani nawet żadnej szczególnie nie polubiłam. Margo stała się swego rodzaju legendą, a była... nie wiem, nudna. Film może i porusza kilka życiowych problemów: zmianę, wchodzenie w dorosłość, nijakość „papierowych ludzi”... Ale to nie to, co lubię, niestety.
      Jak się okazało, nie tylko ja mam takie odczucia. Przejrzałam kilka komentarzy na temat tego filmu i wychodzi na to, że nie ja jedna się zawiodłam. A jak jest z Wami? Oglądaliście, czytaliście?



niedziela, 1 listopada 2015

Październikowe nabytki

      W połowie października odbiło mi i w ciągu jednego dnia zakupiłam cztery książki - oczywiście wszystkie w promocji, co jednak nie zmienia faktu, że poszło na nie przeszło pięćdziesiąt złotych (a przypominam, że jestem standardowym biednym studentem). Oto one:
- „Pochłaniacz” Katarzyny Bondy - tak jak i „Okularnik”, zdobyty w Biedronce za 24,99 zł; poszczęściło mi się, bo dopiero co miesiąc temu martwiłam się, że mam drugą część „Czterech żywiołów Saszy Załuskiej”, a pierwszej nie, a tu Biedronka znów pokazała, że można na nią liczyć;


- „Miłość peonii” Lisy See - kosztowała mnie tylko 9,99 zł - promocja w księgarni Świat Książki;
- „Nikt nie widział, nikt nie słyszał...” Małgorzaty Wardy - jw.;
- „Pora na życie” Cecylii Ahearn - również jw.



      „Krew na śniegu” Jo Nesbø, którą wygrałam na Lubimy Czytać, nadal nie dotarła. Udało mi się za to namówić mamę na „O krok” Henninga Mankella. Zamówiona na Allegro za niecałe 10 złotych, używana, ale w dobrym stanie.



      Ponadto, jako że chcę się zająć Natsuo Kirino w mojej pracy licencjackiej, obok „Ostatecznego wyjścia” na mojej półce pojawiły się „Prawdziwy świat” (kosztował mnie niecałe 10 zł + przesyłka) i „Wyspa Tokio” (około 14 zł + przesyłka). Niestety, nie zdobyłam „Groteski”. :(



      W październiku jakimś cudem udało mi się przeczytać 5 książek (możecie przeczytać o „Bóg zawsze znajdzie Ci pracę” i „Wyspie Tokio”) - najkrótsza miała 300 stron z kawałkiem - oraz cztery nowelki/opowiadania Edgara Allana Poe (miały do kilkunastu stron, idealne dla studenta zmagającego się z brakiem czasu). Dodatkowo jeszcze dwa tomiki mangi - tu podziękowania dla Suzu za ich pożyczenie. :)
      Dziękuję za wszelkie odwiedziny i ślady obecności. Pozdrawiam serdecznie!

wtorek, 27 października 2015

Póki co tylko obejrzane - „Gwiazd naszych wina”


      Nie dało się chyba o tym nie słyszeć. Nakręcony na podstawie książki Johna Greena film „Gwiazd naszych wina” trafił do polskich kin w czerwcu 2014 roku, ale ja obejrzałam go dopiero niedawno. Wiedziałam w ogólnym zarysie, na czym polega i jak się kończy, wiedziałam, że będę płakać, ale to mnie nie powstrzymało.
      Niestety, nie czytałam jeszcze książki (zdecydowanie jednak nie omieszkam tego zrobić), więc nie mogę porównać z nią jej adaptacji, niemniej film bardzo mi się podobał. Opowiada o chorej na raka nastolatce, Hazel, którą gra znana z „Niezgodnej” Shailene Woodley. Wyrok śmierci już zapadł, ale dzięki eksperymentalnym lekom dziewczyna ma jeszcze trochę czasu. Za namową rodziców Hazel chodzi na coś w rodzaju grupy wsparcia dla osób w podobnej sytuacji. Wiecie, siadają w kółku i rozmawiają o swoich problemach. Któregoś dnia poznaje tam osiemnastoletniego Augustusa (tego z kolei gra Ansel Elgort, który w „Niezgodnej” jest bratem Tris - dziwnie było mi się przestawić) - oboje od razu się sobą interesują. Mamy więc naturalnie wątek miłosny oraz tragiczny, bo jedno i drugie musi zmagać się ze śmiertelną chorobą. Co tu dużo mówić, momentami jest dość wesoło (o dziwo), momentami romantycznie, a zazwyczaj smutno. Nie płakałam aż tyle jak myślałam, ale nie zmienia to faktu, że co najmniej kilkanaście chusteczek poszło się ciąć.
      Fabuła nie jest może jakoś szczególnie oryginalna, ale przecież nie o to tu chodzi. Sęk w tym, że podobne rzeczy dzieją się naprawdę - to jest właśnie najstraszniejsze. Iluż to ludzi choruje na nowotwory bądź inne paskudztwa? Ilu na to umiera, i to nie zawsze przecież w sędziwym wieku? To przerażające. Jeszcze gorsze jest to, jak muszą czuć się bliscy chorych. Do licha, nie wyobrażam sobie patrzeć, jak moje dziecko umiera. Poniekąd znam temat z autopsji - obie moje babcie się z tym zmagały i obie w końcu walkę przegrały, a ja mocno to przeżywałam, tym bardziej, że z nimi mieszkałam, więc widziałam, jak gasną w oczach - dlatego w niektórych momentach seansu serce niemalże mnie kłuło.
      Cóż, film zdecydowanie warty polecenia, ale naturalnie warto zaopatrzyć się w pudełko chusteczek.



wtorek, 20 października 2015

Witamy na „Wyspie Tokio” (Natsuo Kirino)!


      Nie byłabym sobą, gdybym nie wypożyczyła tej książki zaraz po odkryciu, że jest dostępna w mojej osiedlowej bibliotece. Przeczytałam w kilka dni, ale spokojnie można połknąć w jeden weekend, ja po prostu czytałam w dni powszednie, dlatego trochę zeszło. Choć i tak ostatnie sto kilkadziesiąt stron przeczytałam w autobusach i pociągu w drodze ze studiów do domu.
      To już moje trzecie spotkanie z Natsuo Kirino. Mogliście przeczytać tu już o „Ostatecznym wyjściu”, niegdyś w moje łapki wpadł „Prawdziwy świat” (niestety, mało co z niego pamiętam, muszę koniecznie odświeżyć sobie tę pozycję!), teraz mamy „Wyspę Tokio”. Muszę jeszcze zdobyć „Groteskę”.
      To co tutaj mamy? Jak się można domyślić, bezludną wyspę. Ale może od początku. Jedną z głównych bohaterek powieści jest Kiyoko, która za namową męża, Takashiego, wybrała się z nim w rejs dookoła świata. Nikogo pewnie nie zdziwi, że nic z tego nie wyszło, bo nie minęło wiele dni, a zaskoczył ich tajfun, w wyniku którego jako rozbitkowie wylądowali na bezludnej wyspie. Jakiś czas później dołączyło do nich stadko młodych mężczyzn - również rozbitków, tyle że uciekających od niewdzięcznej pracy, na koniec zaś trafiają tam jeszcze Chińczycy (tych z kolei ktoś tam po prostu wyrzuca). Zebrała się więc gromadka kilkudziesięciu mężczyzn w różnym wieku (najstarszy był Takashi) oraz jedna kobieta. Japończycy nazwali wyspę Tokio, nawet utworzyli sobie „dzielnice” (np. Shibuyę), Chińczycy „swoje terytorium” mianowali zaś Hongkongiem. Przez jakiś czas było względnie w porządku, ale naturalnie w końcu Kiyoko stała się obiektem pożądania nie tylko męża i spokój został zakłócony. Wkrótce też Takashi umarł. Od tamtej pory co dwa lata Kiyoko „losowała” nowego męża.
      Na podstawie powyższego opisu można wywnioskować, że książka ta to coś w stylu haremówki pod tytułem „Ja też chcę Kiyoko”. Nic z tych rzeczy. Oczywiście wątek ten przewija się bardzo często, jest swego rodzaju osią, niemniej na uwagę zasługują raczej kreacje poszczególnych postaci, o których dowiadujemy się coraz więcej i więcej - no, przynajmniej o niektórych, często najbardziej, zdaje się, niepozornych. Mamy więc gościa z amnezją, wyrzutka, świra... W książce natkniemy się na wiele retrospekcji, co bardzo mnie cieszy, bo je uwielbiam. Akcja rozpoczyna się już po ładnych kilku latach spędzonych przez Kiyoko na wyspie Tokio, takiego więc Takashiego poznajemy głównie dzięki jego dziennikowi oraz wspomnieniom co poniektórych rozbitków.
      Przez pierwszą połowę książki czegoś mi brakowało, nie czułam emocji zbliżonych do tych z „Ostatecznego wyjścia”. Potem zaczęło mi się coraz bardziej podobać, niemniej nie oceniłabym tej pozycji tak wysoko jak tych, z którymi miałam do czynienia wcześniej. Czegoś mi tu brakowało. Co nie oznacza, że „Wyspa Tokio” nie jest warta polecenia. Ludzie o słabszych nerwach też mogą poczytać, tutaj nikt nie ćwiartuje zwłok. ;)

środa, 14 października 2015

Regina Brett - „Bóg zawsze znajdzie ci pracę”


      To już moje trzecie spotkanie z Reginą Brett. Poprzednie jej książki - „Bóg nigdy nie mruga” i „Jesteś cudem” - dostałam od przyjaciółki i bardzo mi się podobały. Dlatego też kupiłam jej na imieniny „Bóg zawsze znajdzie ci pracę” - jesteśmy w takim wieku, że tematy takie jak praca, studia, trudne wybory i inne takie to chleb codzienny. Jeśli o mnie chodzi, bardziej przypadły mi do gustu raczej te pierwsze zbiory felietonów, przyjaciółce zaś - ten ostatni. Dobrze się więc złożyło, że każda jest posiadaczką tego, co spodobało jej się najbardziej.
      Książka zawiera „50 lekcji jak szukać spełnienia” i jest to podtytuł jak najbardziej zgodny z prawdą. Każdy rozdział jest kolejną lekcją opartą na historiach z życia autorki lub jej znajomych... albo nawet znajomych znajomych. Z każdej możemy nauczyć się czegoś wartościowego, nieraz można uzmysłowić sobie coś ważnego, coś, co niby się wie, ale nie zwraca się na to uwagi albo też coś, czego istnienia nie podejrzewaliśmy.
      To nie tylko książka dla szukających pracy. Każdy człowiek powyżej, powiedzmy, szesnastego roku życia znajdzie w niej coś dla siebie. Czy to student, czy emeryt, czy ktoś z dobrą pracą, czy ze złą, czy bezrobotny, czy rencista, czy spełniony zawodowo, czy nie.
      Zdecydowanie polecam. Ci, którzy nie wierzą w Boga, nie muszą odrzucać tej książki - nie chodzi w niej tylko i wyłącznie o sprawy związane z wiarą - wręcz przeciwnie, większość sytuacji to historie z życia wzięte i niekoniecznie łączą się w jakiś sposób z Bogiem. Niemniej wierzącym polecam po stokroć.

„Nie możesz słuchać krytyków. Świat jest ich pełen. Wydaje mi się, że są nimi ci sami ludzie, którzy zdradzili swoje marzenia i cierpią za każdym razem, kiedy ktoś inny pozostaje wierny własnym. Nieważne, czego pragniesz - na świecie jest na to miejsce. Ktoś potrzebuje tego, co masz do zaoferowania. Na świecie jest miejsce na twój głos. Ktoś czeka właśnie na niego. (...) Żeby sięgnąć po to, czego chcesz od życia, musisz uciszyć swoich krytyków, zaczynając od tego największego - samego siebie.”

piątek, 9 października 2015

C.J. Roberts - „Dotyk ciemności”


      Przeczytawszy opis i recenzję tej książki, podchodziłam do niej ze strachem. Bardzo rzadko sięgam po tego typu powieści (erotyka to nie moja bajka, ale trzeba próbować różnych rzeczy, prawda?). Bałam się nie wiadomo jakiego sadyzmu i tak dalej, tymczasem... chyba podkochuję się w jednym z głównych bohaterów (mimo że jest blondynem, a ciągnie mnie raczej do brunetów), a całość, choć miejscami brutalna i doprawdy przykra, wydała mi się... dość romantyczna. Na swój zwariowany sposób. Nie wiem, może dlatego, że jestem nienormalna.
      Zacznijmy jednak od początku. Najpierw poznajemy Caleba (oto ta moja pseudomiłość), który został w przeszłości nieźle skrzywdzony, bo jedyne, o czym marzy, to zemsta na Rosjaninie, którego nazwiska już nie pamiętam. Caleb jest przystojny, zdolny, beznamiętny i jest „treserem niewolnic seksualnych” (nienawidzę takich określeń, nienawidzę wszystkiego, co poniża kobiety). Mówię sobie: no dobra, łatwo nie będzie, ale okej, dam mu szansę, może gościu się zrehabilituje, bo zazwyczaj tak to w powieściach bywa.
      Dalej mamy Livvie, osiemnastoletnią Amerykankę - również z problemami, tu natury rodzinnej. Któregoś dnia zostaje porwana przez Caleba w wiadomym celu, którego końcem ma być zemsta na wyżej wymienionym Rosjaninie. Obawiałam się w tej sferze rozdzierających serce scen sadystycznych, ale jakoś nie mogłam wykrzesać z siebie szczególnie wielkiego współczucia, bo... rety, Caleb potrafi być taki słodki i kochany... To nie tyran bez uczuć, jak się okazuje (choć może chciałby nim być). No i nazywa Livvie Kotkiem (a na początku Zwierzaczkiem - oczywiście nie chodzi tu o coś w stylu naszego „kotku, kochanie”), a sam ten wyraz przywodzi na myśl wszystko, co słodkie i urocze. Nie mówię, że było lekko ani nic. Nie jestem też fanką jakichś pokręconych sado-maso i innych takich. I nie porównam tej książki z tymi całymi słynnymi Grey’ami itp., bo zwyczajnie tego nie czytałam ani nie oglądałam i bynajmniej nie zamierzam tego zmieniać. Właściwie ciężko mi określić moje uczucia co do tej powieści. Coś w sobie ma, nie jest może rewelacyjna, większość wydarzeń (jeśli nie wszystkie) da się przewidzieć, ale ma jakiś specyficzny smaczek (Caleba?). Przeczytałam ją w ciągu niecałego dnia, więc nawet jak cierpimy na brak czasu, „Dotyk ciemności” można sobie połknąć raz-dwa. To ma być trylogia, a „Zapach ciemności”, czyli II część, ma się ukazać niebawem (ale na e-booka pewnie jeszcze sobie poczekam... znając życie, tak długo, że zupełnie zapomnę o tej książce i o Calebie).
      Podsumowując: nie polecam każdemu, bo co kto lubi. No i wara od tej książki osobom poniżej osiemnastego roku życia (płonne nadzieje)! 

piątek, 2 października 2015

Wrześniowe nabytki

      Oprócz książek, o których wspomniałam w pierwszym poście, moja biblioteczka powiększyła się we wrześniu o następujące pozycje:
- „Okularnik” Katarzyny Bondy - zdobyty w Biedronce w dobrej cenie; muszę jeszcze zaopatrzyć się w pierwszą część, czyli „Pochłaniacza”;



- „Pentagram” i „Pierwszy śnieg” Jo Nesbø - tu ukłon w stronę księgarni Matras - zdobyłam te książki w promocyjnej cenie, czyli po 14.99 za sztukę (taka tam pamiątka z Krakowa);



- „Zmienni” Agaty Kijory i „Przytul się do mnie” Sandi Lynn - wygrane na Nałogowym Książkoholiku (jeszcze raz dziękuję autorce za zorganizowanie tego konkursu).



      Tego samego dnia, w którym pisałam poprawę egzaminu, wygrałam na Lubimy Czytać „Krew na śniegu” Jo Nesbø, ale książka ta nadal do mnie nie dotarła. :( Mam nadzieję, że to się zmieni, bo co jeśli przepadła gdzieś w pocztowych odmętach? O ile pamiętam, na „Statek śmierci” Yrsy Sigurdardóttir wygrany jakieś dwa lata temu nie musiałam czekać tak długo, ale może się mylę.
      Wyprawa do Krakowa i tamtejszej Komiksiarni zaowocowała kupnem trzeciego i czwartego tomu „Ścieżek młodości” Io Sakisaka - tym samym wraz z siostrą skompletowałyśmy tę serię.



      We wrześniu przeczytałam bodajże sześć książek różnej długości oraz pięć mang. Nie jest to zbyt zadowalający wynik, ale co zrobić, skoro pierwszą połowę miesiąca zmarnowałam na naukę do poprawki. Wyjazdy również średnio sprzyjały czytaniu, jako że podróżowałam raczej nocą, kiedy to jestem nie do życia i bardzo ciężko mi się wówczas czyta.
      Październik rozpoczęłam książką Reginy Brett pt. „Bóg zawsze znajdzie ci pracę” (parę słów na jej temat już niebawem), teraz zaś zabieram się za wyłowioną w bibliotece „Wyspę Tokio” Natsuo Kirino.
      Dziękuję za wszelkie odwiedziny i ślady obecności. Pozdrawiam!

środa, 30 września 2015

Ewa Woydyłło - „W zgodzie ze sobą”


„We wczesnych latach życia prawie nikt nie może naprawdę wiedzieć, czego pragnie i kim ma być, bo do tego trzeba doświadczeń, systemu wartości, autorytetów, porównań i sprawdzianów. Może było to łatwiejsze i w ogóle możliwe w dawnych epokach, kiedy życie płynęło wolniutko i wyborów co do sposobu życia nie było prawie wcale. Najwyżej mieli ten wybór woźni, artyści i włóczędzy. Nikt zwyczajny nie kreował swego losu, prawie każdy w chwili przyjścia na świat po prostu wpadał w swój los jak w koleiny. Reszta była względnie prosta, trzeba było jedynie w tych koleinach pozostawać. Ale dziś? Dziś mamy zupełnie inny świat. Ilość możliwości, a więc ilość wyborów, przyprawia większość z nas o zawrót głowy, a pojawiają się one przed nami na każdym kroku w sprawach rangi życiowej i codziennych. Być sobą jest więc obecnie trochę trudniej niż naszym prababkom i pradziadom. Tym bardziej więc warto się nad tym zastanawiać.”

      Ewa Woydyłło jest doktorem psychologii i psychoterapeutką o wieloletnim doświadczeniu. Nie słyszałam o niej, dopóki nie została mi polecona książka „W zgodzie ze sobą”.
      Jak wiele osób mam dużo spraw na głowie i masę problemów. Na część z nich nie mam wpływu, część zaś wypływa ze mnie samej. Część ma podstawy, część jest zupełnie irracjonalna. Książka Ewy Woydyłło może jakoś mną nie wstrząsnęła ani nic, niemniej kilka rzeczy uświadomiła. Kiedy czytałam o niektórych przypadkach czy przykładach zachowań, widziałam w nich cień samej siebie.

„Najgorszą rzeczą w psychologicznym funkcjonowaniu człowieka jest bowiem automatyzm, brak refleksji i paraliżująca obawa przed weryfikacją. W imię własnego zdrowia psychicznego i własnego rozwoju nie bójmy się sobie przyglądać. Nie martwmy się też, jeżeli znajdziemy jakiś defekt. Cała ta książka ma, prawdę mówiąc, jeden cel: pomóc uwierzyć w możliwość zmiany. A trudno cokolwiek zmieniać, jeżeli nie wiedzielibyśmy co lub po co.”

      Zmiana faktycznie jest możliwa. Musimy jednak pamiętać, że nie zawsze wygramy w pojedynkę. Nie bójmy się przyjąć pomocy, czy to rodziny, czy przyjaciół, czy psychologów lub psychiatrów. Jakby nie patrzeć, walka z samym sobą jest zapewne trudniejsza niż z kimś innym. Nie zamykajmy oczu na to, co dzieje się głęboko w naszym wnętrzu.

„Myśląc logicznie, w konflikcie ze sobą trzeba by właściwie zawsze wygrać. Wszak swoim przeciwnikiem jest się samemu. A zatem łatwo powinno być siebie pokonać. Wszystko jest przecież dobrze znane: słabości, wykręty, zabiegi i wybiegi. Wiadomo jednak, że siebie pokonać wcale niełatwo. W konfliktach ze sobą często, niestety, przegrywamy. No więc KTO tak naprawdę wygrywa? Też my. Z tym że końcowy skutek jest dziwnie odwrotny.”

     Warto przeczytać tę książkę - nie zajmie Wam to dużo czasu; jest też dostępna w wersji PDF - by to i owo sobie uzmysłowić. Nie znajdziecie tam prostego przepisu na życie, ale przynajmniej wskazówki, co zrobić, by zaakceptować siebie lub sobie pomóc, gdy jest to konieczne.

„Jeżeli doradzam koleżance, pocieszam siostrę, dziecku dodaję otuchy - to znaczy, że to umiem. Gdy jednak problem dotyczy mnie samej, to czasem o tym zapominam. Czuję się bezradna, pogrążam się w beznadziei, ulegam niemocy. Ale przecież mogę sobie przypomnieć, że wobec innych bywam odporna, twórcza i pomysłowa. Mogę więc w ten sam sposób także sobie dodać otuchy, siebie pocieszyć i obronić przed załamaniem. Przecież chodzi o to samo: żeby w obliczu wyzwania nie myśleć, że się nie uda, tylko że się uda. Najczęściej tak myślimy, gdy chodzi o innych ludzi. I zapominamy, gdy chodzi o nas samych.”

      Nie zapominajmy więc o tym i dajmy pomóc samym sobie!

poniedziałek, 28 września 2015

Czy wierzysz, że „Niebo istnieje... Naprawdę!”?



      Najpierw natknęłam się na film - chyba w lipcu. Obejrzałam, uroniłam kilka łez (no dobrze, może trochę więcej niż „kilka”), w końcu zaś, buszując po ściągniętych e-bookach, zauważyłam również ten. Zabrałam się za niego chętnie, choć niezbyt przepadam za e-bookami (zdecydowanie wolę książki w tradycyjnej wersji - i tak, zdarza mi się je wąchać) i lektura poszła bardzo szybko. Spokojnie można przeczytać w jeden dzień - mi to zajęło dwa czy trzy przez wzgląd na to, że jednocześnie czytałam też inne książki (przed długi czas tak nie robiłam, a ostatnio znów mi się to zdarza), tę traktując jako swego rodzaju przerywnik. Nic mnie już w niej nie zaskoczyło przez wzgląd na wcześniej obejrzany film, który całkiem wiernie odzwierciedla oryginał.
      Dobrze, ale ja tu gadu-gadu, a o fabule - czy raczej świadectwie - nic jeszcze nie powiedziałam. Tematyki można się oczywiście domyślić - tytuł dobitnie wskazuje na powiązanie książki/filmu z Bogiem i Niebem. Autorem książki, a narratorem filmu jest amerykański pastor Todd Burpo, którego czteroletni syn, Colton, otarł się o śmierć. Podczas operacji na trzy minuty opuścił ciało - i w ciągu tych kilku krótkich minut zdążył zwiedzić część Nieba, porozmawiać z Jezusem oraz swoim pradziadkiem, który zginął na długo przed jego narodzinami, poznać siostrę, która umarła w łonie mamy w wieku dwóch miesięcy... Dziecko jest rozbrajająco szczere, a jego odpowiedzi na pytania dorosłych nigdy nie pozostawiały wątpliwości co do ich prawdziwości. Pastor i jego żona uwierzyli we wszystko, co powiedział ich synek, bo mówił rzeczy, których z innych źródeł wiedzieć nie mógł.
      Naprawdę był w Niebie. Naprawdę dostąpił tej łaski. Powrócił jednak, a jego rodzice po kilku latach postanowili podzielić się tą historią ze światem.

„Uwielbiam słowa, których użyła moja mama podsumowując tę historię:
– Odkąd to się stało – powiedziała mi – więcej się zastanawiam, jak jest naprawdę w niebie. Wcześniej przyjmowałam do wiadomości, że jest niebo, ale nigdy go sobie nie wyobrażałam. Wcześniej o tym słyszałam, a teraz wiem, że kiedyś je zobaczę.”

      Tak mniej więcej poczułam się po przeczytaniu i obejrzeniu historii małego Coltona. Czy potrzeba mówić więcej?

      Polecam - nie tylko wierzącym.

Odtwórca roli Coltona - Connor Corum. Słodziak, prawda?
Zwiastun.

Prawdziwi bohaterowie tej historii.

sobota, 26 września 2015

Gaijin w Japonii, czyli „Bezsenność w Tokio”


      Marcin Bruczkowski wyjechał do Japonii na rok... ale został na dziesięć lat (po czym uciekł do Singapuru, nie pytajcie dlaczego, przeczytajcie). Co więcej, postanowił opisać niektóre swoje przygody - a takich było wiele!
      Książkę tę dostałam jeszcze przed rozpoczęciem studiów, ale z powodu braku czasu na czytanie wyszło jak wyszło i skończyłam ją dopiero dziś. Patrząc na tytuł, który znałam już od dawien dawna, wyobrażałam sobie dość ponury obraz szarej, tokijskiej codzienności. Otrzymałam jednak historię niesamowicie zabawną (a przy tym jak prawdziwą!) i wciągającą już od pierwszej strony. Książka nietuzinkowa, interesująca, napisana przystępnym językiem. To nie górnolotne frazesy, pełne metafor zdania wielokrotnie złożone, niezrozumiałe historie (no dobra, miałam problem z zorientowaniem się w kwestiach motoryzacyjnych i komputerowych, ale cóż, nie znam się na tym ni w ząb). Czytelnik czuje się, jakby autor siedział tuż przed nim z puszką piwa w ręce i z zapałem opowiadał o tym, co mu się przytrafiło podczas „wycieczki” do Japonii. Nie zabraknie porad różnego rodzaju (na przykład jak najeść się do syta, gdy nie ma się w kieszeni ani jena czy jak stać się posiadaczem świetnego sprzętu elektronicznego... za darmo), opowiastek z życia wziętych, sympatycznych bohaterów (na czele z Irlandczykiem Seanem) czy zdjęć. Autor skrótowo (mowa o dziesięciu latach streszczonych na około 370 stronach) opisał swoje doświadczenia w Japonii - od pracy (różnorakiej), poprzez zwiedzanie autostopem, aż po sprawy życia codziennego, takie jak szukanie nowego mieszkania (czy raczej: mieszkanka - w Japonii można dostać klaustrofobii, serio). Co prawda od jego pobytu tam minęło dziesięć lat z górką, więc na pewno niejedno się zmieniło, niemniej lektura warta jest polecenia. Gwarantowany ubaw po pachy, a przy tym nauczenie się kilku ciekawych rzeczy o Japonii (szczególnie jeśli nie ma się styczności z tym krajem, bo japoniści jakiegoś tam wielkiego oświecenia nie doznają, za to świetnie się zabawią podczas czytania).
      Jeśli chodzi o Bruczkowskiego, posiadam jeszcze „Zagubionych w Tokio”, ale chyba jeszcze chwilę poczekają, bo z utęsknieniem spogląda na mnie pomarańczowa książka o tytule „Bóg zawsze znajdzie ci pracę” Reginy Brett, którą dałam na imieniny przyjaciółce, a teraz na trochę wróciła do mnie, bym i ja podniosła się na duchu. Swoją drogą: przepraszam, znów japoński klimat, a przecież tyle się książek w życiu naczytałam! Niemniej najłatwiej pisać o tym, czym się ostatnio żyło (czyli o tym, co się właśnie przeczytało), stąd „Ostateczne wyjście”, a „Ballada o Narayamie” jakoś tak sama się nawinęła. No nic, kończę. Dziękuję za odwiedziny i komentarze, a chętnych zapraszam na Tojikomerareta Tori. Bywajcie!

niedziela, 20 września 2015

Ballada o Narayamie. Opowieści niesamowite z prozy japońskiej


      Dawno, dawno temu, czyli w 2010 roku, oczarowana Krajem Kwitnącej Wiśni, miałam ochotę sięgnąć po książkę jakiegoś, jeszcze mi nieznanego, japońskiego twórcy. Szczęśliwym trefem okazało się, iż moja mama jest w posiadaniu niejakiej „Ballady o Narayamie” - książki, w której znajdują się „opowieści niesamowite z prozy japońskiej”. Dzięki temu niegrubemu tomikowi miałam przyjemność zapoznać się z kilkunastoma opowiadaniami i nowelami znanych japońskich pisarzy, między innymi Ryūnosuke Akutagawy (może kojarzycie - jego nazwiskiem nazwano prestiżową nagrodę, którą w Japonii mogą otrzymać nowi autorzy; jedną z jej laureatek była Hiromi Kawakami). Muszę przyznać, że naprawdę mnie zachwyciły. Nie będę ich opisywać, gdyż większość z nich jest zbyt krótka, by coś streszczać, a ponadto moja pamięć pozostawia wiele do życzenia i po tylu latach mało co już pamiętam. W każdym razie opowiastki napisane są nieskomplikowanym, przyjemnym stylem. I w niemal każdej pojawiają się elementy fantastyczne, które uwielbiam.
      Polecam serdecznie - nie tylko tym, którzy fascynują się Japonią i wszystkim, co z nią związane. To pozycje dla osoby, która chce spróbować czegoś nowego, jest otwarta na kulturę innych krajów, jest ciekawa świata i czerpie przyjemność z czytania niedługich opowieści. Pamiętajmy, że proza japońska jest dość specyficzna, znacząco odbiega od literatury europejskiej czy amerykańskiej. To jednak dodaje jej smaczku, prawda?

      Dziękuję za komentarze pod poprzednim postem, bardzo mi miło! Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie, a chętnych zapraszam również na Tojikomerareta Tori (tam też zresztą dodałam dziś wpis).